Piłka nożna: Cienka granica pomiędzy miłością a nienawiścią

    W życiu sportowca, a konkretnie piłkarza przychodzą momenty, kiedy kibice danego zawodnika uwielbiają, żeby po jakimś czasie zrobić z niego kozła ofiarnego. Tak jak mówi stare przysłowie, że „cienka jest granica pomiędzy miłością a nienawiścią”, to w piłce nożnej można to odnieść do uczuć kibica względem piłkarza.

    Czasami to wynika po prostu z tego, że konkretny zawodnik bardzo obniżył swój poziom. Tak jak na przykład Jakub Rzeźniczak. Na początku w Legii miał trudno, bo przychodził z Widzewa, potem został rekordzistą wszech czasów pod względem występów w rozgrywkach UEFA w barwach polskich klubów. Wszyscy na Łazienkowskiej go bardzo szanowali, ale teraz zaczął popełniać katastrofalne błędy i jest na cenzurowanym.

    Innym razem, kiedy konkretny piłkarz popada w niełaskę, to przyczyną jest zdrada (czyli przejście do największej konkurencji), albo transfer do innego klubu, kiedy wcześniej dany zawodnik potrafił zarzekać się, że nigdy nie odejdzie. Jeśli chodzi o ten ostatni przykład, to nasuwa się postać Miroslava Radovicia. Serb opowiadał swego czasu w mediach, że zostaje na Łazienkowskiej, po czym odszedł do Chin. Wywołał tym frustrację u wielu kibiców „Wojskowych”.

    Marcin Wasilewski został legendą Anderlechtu Bruksela. Wszyscy go tam kochają i zapraszają co chwile do stolicy Belgii. Mało tego, kibice „Fiołków” jeżdżą na spotkania Leicester, żeby wywiesić flagę z napisem, który oddaje hołd popularnemu „Wasylowi”.

    Marcin-Wasilewski-czerowna-kartka-laczy-nas-pasja

    Wczoraj jednak Marcin zagrał katastrofalny mecz w Pucharze Ligi Angielskiej przeciwko Chelsea. Miał asystę przy bramce Fabregasa, gubił się w obronie, a przede wszystkim osłabił zespół uderzając w twarz Diego Costę. Leicester ostatecznie przegrało po dogrywce 2:4 (2:2,dogrywka 0:2).

    To z Polaka zrobiono kozła ofiarnego tej porażki i pewnie wielu się teraz zastanawia, po co został w klubie. Z kolei, w Brukseli przyjęliby go chętnie ponownie z otwartymi ramionami.

    Inny jest przypadek Kuby Błaszczykowskiego. Odszedł z Dortmundu, bo nie chciał go trener. Przyszedł do Vfl Wolfsburg, gdzie szybko zyskał uznanie zarówno trybun, jak i szatni. Jest teraz kapitanem. We wczorajszym spotkaniu „Wilki” przegrały co prawda u siebie 1:5 z Borussią Dortmund, ale „Kuba” i tak zapamięta ten wieczór miło, ponieważ dostał ogromną owację od kibiców swojego poprzedniego zespołu.

    Jak widać, miłość kibica jest mocna, szczera, bezgraniczna, a czasami nawet ślepa. Jednak nienawiść do piłkarza potrafi być równie intensywna. Jest to jednak normalna kolej rzeczy w tym zawodzie i poszczególni gracze muszą sobie z tym jakoś radzić.

    Komentarze