MŚ Dywizji 1A: O rany! Zaspaliśmy?!?

    Budzik dzisiaj zadzwonił tak jak ma w zwyczaju. Agresywnie, lecz nie natarczywie. Cyfry na ekranie pokazywały, że jest szósta rano. Rozciągając swoje zbyt obfite ciało, dziarsko zerwałem się na nogi. Z błyszczącym uśmiechem (przecież mamy nowy, piękny dzień) rąbnąłem szklankę soku pomarańczowego (oczywiście z wyciskanych owoców) i wskoczyłem w pachnący świeżością ekologicznych proszków do prania dres. Zakładając na uszy najnowszego typu sportowe słuchawki odpaliłem przyczepionego do ramienia zgrabnego iPhone`a. Z szaloną wprost euforią pokonałem pięć kilometrów biegnąc słonecznymi bulwarami wiślanymi. Potem ożywczy prysznic, skropienie najmodniejszymi zapachami i radosna droga do pracy… Tak pięknie mogło być, ale to tylko bajka z reklam telewizyjnych. Naprawdę wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. Budzik, co prawda zadzwonił o szóstej, ale w swym lenistwie włączyłem drzemkę. Oczywiście ją przespałem. Potem w panice umyłem zęby i chwytając, co się da wyskoczyłem z domu dramatycznie błagając wszystkich bogów opiekujących się tymi, którzy zaspali do pracy, żeby tramwaj złośliwie, akurat dziś nie przyjechał minutę wcześniej.

    Jak to się ma do polskich hokeistów? Oni zrobili dokładnie tak samo jak ja. Włączyli funkcję drzemki i ją przespali. Po dwóch porażkach zorientowali się, że może być za późno na awans, ba mogą zapaść w tak głęboki sen, że obudzą się w Dywizji 1B. Fakt jest faktem, jak już się obudzili to z hukiem. Piękne zwycięstwo ze Słowenią postawiło wszystkich na nogi. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że euforia po pokonaniu spadkowicza z Elity pokazuje z jak głębokiego doła musi się odkopać polski hokej. Jeszcze kilkanaście lat temu to my bylibyśmy faworytami, a dzisiejsze nagłówki gazet obwieszczające niesamowity tryumf, wtedy uznane byłyby za niedorzeczne. W środę na fali gwałtownego wybudzenia pokonaliśmy również, wyżej od nas notowanych Austriaków. Minimalne to zwycięstwo, ale bardzo ważne. Nie, dlatego, że jak pieją uruchamiające drugą fazę pompki balonowej media, jesteśmy w grze o awans. Ja poczułem niezwykłą ulgę wiedząc, że punkty zdobyte w meczu z Austrią definitywnie przekreśliły złowrogi scenariusz, w którym żegnamy się z tym poziomem rozgrywek. To jest najważniejsza sprawa, bo po fatalnym początku mistrzostw perspektywa spadku rysowała się całkiem realnie. Ale, po co pisać takie rzeczy polskim kibicom? Przecież lepiej napędzać histerię o awansie i grze w Elicie…

    Cieszę się niesamowicie widząc jak Malasiński pakuje trzy razy krążek do bramki Słoweńców. Raduje mnie ogromnie widok wreszcie dającego reprezentacji wszystko, co ma najlepsze Arona Chmielewskiego. Widać, że sztab szkoleniowy pracuje jak zakwas na dobry chleb, bo nawet decyzje niezrozumiałe dla kibiców (powrót do bramki Odrobnego) przekuwają się w zwycięstwo. Trzeba być jednak realistą. Puki, co, ten poziom rozgrywek jest szyty na nasz rozmiar. Cieszmy się, że gramy na zapleczu Elity, a nie wmawiajmy Polakom, że nasze miejsce jest w Elicie.

    Sprawa awansu, co prawda, jeszcze nie umarła, ledwie dyszy i drga w przedśmiertnych konwulsjach. Ale nie takie cuda świat widział. Walnijmy słabiutką Japonię, a wszystko może się skończyć (w tych okolicznościach) nieprawdopodobnym wskrzeszeniem marzeń o najwyższej klasie rozgrywkowej. Byłby to cud niesłychany i piękny, ale całkowicie nie adekwatny do naszych realnych możliwości.     

    Foto: W. Buszta

    Komentarze