MŚ Dywizji 1A: Loty balonem, a sprawa polskiego hokeja

    Loty balonowe mają długą tradycję. Zaczęli je uprawiać Francuzi. To oni pod koniec XIX wieku, jako pierwsi wznieśli się wysoko w chmury. Polacy wcale nie byli gorsi. Pod czujnym okiem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, dnia 10 maja 1789 roku wystartował pierwszy załogowy lot i wzniósł się na przerażającą wysokość dwóch kilometrów. Po 45 minutach wylądował bezpiecznie w Białołęce.

    Piękny to sport. Piękny i niebezpieczny. Przekonał się o tym polski konstruktor Jordaki Kuparentko, który przeszedł do historii, jako pierwszy człowiek, który uratował się z katastrofy lotniczej. Wyskoczył z palącego się balonu.

    Chwalebna to przeszłość i nie sposób się nad nią nie pochylić, wszak także i później w sporcie balonowym niepoślednią rolę Polakom zdarzało się odgrywać. Jednak nie w takim kierunku jak sugeruje początek tekstu podążają moje myśli.

    Ostatnimi czasy baloniarstwo nie kojarzy mi się z osiągami podniebnych bohaterów. Wręcz przeciwnie, wszystkie sytuacje, w których kontekście pojawiają się słowa balon i pompowanie dotyczą dyscyplin sportowych nierozerwalnie związanych ziemskim padołem.

    Mają grać futboliści, pompka pracuje jak szalona. Startują szczypiorniści, balonik szybuje hen wysoko w chmurach. Gdyby podczepić siatkarzy do czaszy nadmuchanej przez oczekiwania kibiców, prawdopodobnie nie zdołaliby rozegrać żadnego meczu, bo zniknęliby gdzieś za widnokręgiem. Teraz wątpliwego zaszczytu bycia podłączonym do narodowej pompki doznali również hokeiści.

    Osobiście bardzo mnie cieszy, że niedofinansowany, spychany na plan dalszy w Polsce hokej powoli się odradza. Jednak jest to poród bolesny i z całą masą problemów. Wygląda na to, że proces ten będzie jeszcze trwał długo i wcale nie jest takie oczywiste, że zakończy się sukcesem. Trudno mi zrozumieć, na jakiej podstawie niektórzy eksperci robili kibicom nadzieję na awans do elity światowej. Liga, pod względem wartości sportowej i infrastruktury to w Europie archaizm. Zarejestrowanych hokeistów mamy mniej niż cztery tysiące. Jak na 38 milionowy kraj to naprawdę mała liczba. Mapa popularności dyscypliny przedstawia się niemrawo, hokej przegrywa nawet z koszykówką. Klubów jest niewiele, a w światowej elicie graliśmy ostatnio w 2002 roku. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Sam jestem kibicem hokeja i chciałbym oglądać reprezentację grającą jak najlepiej. Jednak trzeba zachować trzeźwy osąd naszych możliwości. Kibicować, a nie pompować balon.

    Jasne, nieśmiało pojawiają się pierwiosnki zmian. Historyczny wynik GKS-u Tychy w Pucharze Kontynentalnym. Zaproszenie Cracovii do Ligi Mistrzów. Znakomicie zorganizowane mistrzostwa w Krakowie i nadspodziewanie dobra na nich gra polskiej reprezentacji. To wszystko dużo, ale też paradoksalnie, mało. Trzeba zdać sobie sprawę, że to dopiero początek długiej drogi naprawy hokeja w Polsce. Dlatego niezależnie od wszystkiego dotychczasowe wyniki Polaków na mistrzostwach w Katowicach mogą wpłynąć nie tylko na naszą pozycję w światowej hierarchii, ale też podtrzymać bądź wyhamować to, co pozytywnego dzieje się w polskim hokeju.

    Awans w moim odczuciu byłby to wynik nad wyrost, jednak sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy po porażkach z Włochami i Koreą była nieprzyjemnie zaskakująca. Całe szczęście Tomasz Malasiński rozszalał się strzelecko i zaaplikował Słowenii trzy bramki, które wydatnie przyczyniły się do, nie ma co ukrywać, zaskakującego zwycięstwa Polski. Jak to jest, że z teoretycznie lepszymi wygrywamy, a z tymi, na których karkach zdobywać trzeba punkty przegrywamy? Polskie cuda, cudeńka… Pozostaje nam w meczach z Austrią i Japonią walczyć i wygrywać, bo skończyć to wszystko może się naprawdę różnie.

    Na koniec wypada mi przypomnieć postać Jordakiego Kuparenki i życzyć Polakom uratowania się z tego mocno napompowanego balonu…

    Komentarze