Liga Mistrzów: Odcinek drugi

    Gdyby wczorajsze mecze porównać do pilota serialowego tasiemca, zachęcającego do wciągnięcia się w niekończące losy ekranowych bohaterów, to my jesteśmy już „kupieni”! Wczoraj dostaliśmy dwa argumenty „za” – dwa dobre, trzymające do końca w napięciu spotkania oraz pewność tego, że nic nie jest rozstrzygnięte i rewanże będą rządzić się swoimi prawami, a końcowy wynik rywalizacji obu dwumeczów jest tak naprawdę otwarty!

    Gospodarzom udało się ugrać po trzy punkty, ale jednobramkowe zaliczki, zwłaszcza w hiszpańskim pojedynku, niczego nie przesądzają. Kibice Barcelony mogą mówić o dużym szczęściu, do 63. minuty przegrywali u siebie po bramce Torresa, ale ten sam Torres w przeciągu dziesięciu minut zaliczył zjazd „od bohatera do zera”. Bramka, cztery minuty później pierwsza żółta kartka, a po następnych sześciu minutach szedł już pod prysznic. Przez godzinę Barca grała w przewadze jednego zawodnika i prędzej czy później pewnym było, że coś „ukłuje”, nawet defensywa Atletico nie jest w stanie wytrzymać naporów tria MSN. Wczoraj strzelał tylko Suarez a asystowali dwaj boczni obrońcy – Alba i Alves. 2:1 daje trzy punkty, ale nie daje też żadnej pewności i w drugą stronę – piłkarze Simeone nie stoją przed rewanżem u siebie na straconej pozycji. Jeśli zagrają tak jak w pierwszej połowie to awans nie jest wcale odległym marzeniem!

    W Monachium, nawet patrząc na poczynania Benfiki na własnym podwórku, spodziewano się pogromu, minimum 3:0 i wyjazd do Portugalii ze spokojną o awans głową. Bayern zaczął z przytupem, druga minuta, Vidal i wejście w mecz wręcz książkowe. Niestety dalej nie było tak kolorowo, zawodnicy Guardioli atakowali, przeważali na boisku, ale nie potrafili tego udokumentować drugą bramką. W drugiej części spotkania było podobnie a do swoich okazji zaczęli dochodzić Portugalczycy. Setkę zmarnował Lewandowski i wynik nie zmienił się aż do ostatniego gwizdka sędziego Marciniaka. Jednobramkowa zaliczka przed wyjazdem do Lizbony to ani dużo ani mało, gdyby nie to, że rewanż na Calderon zapowiada się jeszcze ciekawiej, w przyszłą środę czekalibyśmy przed telewizorami już od rana!

    A dzisiaj odcinek drugi – nowi bohaterowie, nowe wątki. Pierwsza para to kolejny pojedynek Dawida z Goliatem, ale jak pokazała wczorajsza rywalizacja niemiecko – portugalska, zakończenie nie musi być tak oczywiste jak się wszystkim wydaje! Wolfsburg kontra Real. W tej parze to niemiecki zespół dostał rolę „chłopca do bicia”. W poprzedniej rundzie „Wilki” trafiły na Gent i nie mieli większych problemów z przejściem dalej. Realu z belgijską ekipą nie ma jednak sensu porównywać, to nie ta sama półka, nawet nie sąsiadujące! Ronaldo i spółka wyeliminowali Romę, czyli dosyć poważnego przeciwnika, a w lidze wygrali ostatnio z Barcą, wcześniej z Sevillą, śmiało można powiedzieć, że forma dopisuje! Dodatkowo kiedy zerkniemy na to jak Wolfsburg radzi sobie w Bundeslidze, to od razu widać, że im akurat forma „nie dojechała”! Wielki Real „w gazie” przeciwko debiutującemu w fazie pucharowej Ligi Mistrzów, słabo grającemu, Wolfsburgowi – nikt przy zdrowych zmysłach nie stawia na Niemców.

    Dzisiaj przed telewizory powinno przyciągnąć wszystkich to spotkanie – PSG – City. Francuzi idą jak burza, mistrzostwo kraju zapewnili sobie tak naprawdę dawno temu, mogą więc skupić się na „poważnych” rozgrywkach, zwłaszcza, że ćwierćfinał to nie jest szczyt ich ambicji. W jednej ósmej rozprawili się z Chelsea, teraz kolej na następną angielską drużynę. Manchester wydaje się być w zasięgu ręki, ostatnio jest bez formy, a miliony petrodolarów wpompowane w drużynę nie przekładają się na osiągnięcia ani na krajowym ani na europejskim podwórku. W lidze zajmują czwartą pozycję i będą musieli się nieźle napocić żeby w przyszłym sezonie mieć okazję do pokopania przy dźwiękach „kaszanki”. W jednej ósmej trafili na Dynamo Kijów i umówmy się, powinni ich odprawić grając rezerwami. Los chyba wynagrodził im poprzednie edycje, w których trafiali na Barcelonę. W końcu osiągnęli upragniony ćwierćfinał, ale tu chyba szczęście się kończy – Zlatan z kolegami to ekipa, która mierzy w tytuł także każdy punkt czy nawet bramka, przywieziona z Paryża, powinny być dla zawodników Pellegriniego małym sukcesem!

    Komentarze