Liga Mistrzów: Flaki z olejem na bezrobociu! Dziś porno z udziałem Amiszów?

Mocno i szczerze zachęcaliśmy Was wczoraj do obejrzenia półfinału Champions League Manchester City – Real Madryt. W końcu to przedostatni stopień na schodach do mistrzostwa, pojedynek trenerów tworzących historię, starcie gwiazd. Kto z nas spodziewałby się, że mecz będzie nudny jak flaki z olejem?! Nikt! Właściwie to musimy przeprosić przysłowiowe flaki i olej, bo od dziś wyznacznikiem najwyższego poziomu nudy, bezbarwności, bezpłciowości i nijakości powinno zostać wczorajsze spotkanie. Flaki i olej zapraszamy na zasłużoną emeryturę i oficjalnie do słownika powiedzonek wprowadzamy nowe – „nudny jak City z Realem”! W tym meczu nie zgadzało się nic! Obaj trenerzy zagrali na „zero z tyłu”, bez podejmowania ryzyka. Gwiazd też brakło, Ronaldo na trybunach, Aguero na boisku, ale zrobił mniej więcej tyle samo co obserwujący z boku Portugalczyk. Gdyby sytuacji bramkowych było nawet cztery razy mniej niż fauli byłoby ciekawie, niestety piłkarze postawili na atak, ale tylko ten na rywala. Sędzia pozwalał na dużo więc zamiast skupić się na bramce przeciwnika większość skupiała się na jego nogach. Kilka razy „szarpnął” Bale dla Realu, kilka de Bruyne dla City i to tyle jeśli chodzi o jakieś chęci zagrożenia bramce przeciwnika. W porządku, szansę mieli jeszcze Pepe, Ramos czy Lucas, ale na posterunku był Hart. Generalnie mecz z gatunku tych do zapomnienia, szkoda tylko, że przytrafił się na tym etapie rozgrywek.

Co gorsza, gdyby ktoś zapytał nas, które z dwóch pierwszych półfinałowych spotkań będzie ciekawsze, to bez wahania odpowiedzielibyśmy, że właśnie to z udziałem „Obywateli” i „Królewskich”. Nie chcemy zapeszać, ale jeśli wczorajszy mecz odesłał do lamusa kulinarny synonim nudy, to dzisiejsze spotkanie może swoją atrakcyjnością dorównywać, cytując Andrzeja Kostyrę, filmowi pornograficznemu z udziałem Amiszów. O ile wczoraj spodziewaliśmy się szybkiej i otwartej gry to scenariusz dzisiejszego spotkania miał przedstawiać z się zgoła odmiennie. Dziś Atletico podejmie Bayern i każdy, kto oglądał zawody z udziałem tych ekip wyobraża sobie jak będzie przebiegała dzisiejsza rywalizacja. Drużyna Simeone głęboko cofnięta, tworząca w obronie mur nie do przejścia i ekipa Pepa Guardioli nie schodząca z ich połowy, wymieniająca setki podań, z około siedemdziesięcioprocentowym czasem posiadania piłki. W tym meczu prędzej stawialibyśmy na pojedynek taktyków, „Cholo” zdaje sobie sprawę, że defensywa jego drużyny to monolit, rzadko kiedy pozwalający przeciwnikowi na strzelenie bramki. Bez strachu pozwoliłby Bawarczykom na zadomowienie się przed własną szesnastką licząc na szybkie kontrataki w wykonaniu Griezmanna. Zdziwimy się, jeśli to spotkanie będzie miało inny przebieg.

Mimo wszystko liczymy, że będzie trochę inaczej. Simeone wie, że w Monachium nie będzie łatwo mu wygrać, dlatego zaliczkę przed rewanżem musi zdobyć w meczu u siebie. Po wyeliminowaniu Barcelony, przypomnijmy, 1:2 na Camp Nou i zwycięstwo 2:0 w Madrycie, nie ma już rzeczy niemożliwych. Bayern musi za to udowodnić, że ćwierćfinałowy dwumecz z Benficą Lizbona to tylko wypadek przy pracy. Może i zespół Guardioli awansował dalej, ale dobrego wrażenia po sobie nie pozostawił. Portugalczycy to jakby nie patrzeć zespół o dwie klasy słabszy od Bayernu,  a w pierwszym meczu u siebie Robert Lewandowski z kolegami zdołali wygrać tylko 1:0. W rewanżu nawet przegrywali, ale zdołali wywalczyć remis 2:2, co dawało im awans. 3:2 w dwumeczu ze słabszym przeciwnikiem, na tym etapie rozgrywek i mając aspiracje do zwycięstwa w całych rozgrywkach nie jest dobrym prognostykiem przed meczem z Atletico, które będzie rywalem nieporównywalnie trudniejszym! Podobnie jak w przypadku pojedynku City z Realem, awans do finału ma ogromną rolę dla trenerów. Obaj po tym sezonie rozstaną się ze swoimi klubami, Pep poprowadzi Manchester City, „Cholo” łączony jest z londyńską Chelsea i obaj chcą pożegnać się zdobywając najcenniejsze klubowe trofeum. Simeone miał ku temu okazję, jednak dwa lata temu uległ w finale Realowi. Od Guardioli nie oczekiwano zdobywania tylko tytułów na krajowym podwórku, z takim zespołem dokonałby tego nawet Franciszek Smuda, przed nim postawiono za cel powtórzenie sukcesu Heynckesa, który zdobył przed przyjściem Hiszpana Ligę Mistrzów. Póki co cel ten nie został wykonany a Pep ma przed sobą ostatnią szansę!

Jedno jest pewne, dziś nie będziemy świadkami widowiska gorszego niż wczoraj! Po prostu nie jest to możliwe. Trzymajmy więc kciuki za to, żeby panowie z Atletico i Bayernu nie zapatrzyli się na wczorajsze poczynania kolegów po fachu i dali nam trochę więcej radości ze swojej gry!      

Komentarze