Liga Mistrzów: Derby Madrytu na San Siro?

Rozgrywki Ligi Mistrzów wkroczyły w decydującą fazę, wczoraj poznaliśmy pierwszego finalistę, dziś w finale zamelduje się drugi. O tym, że hiszpańska piłka króluje w Europie wiedzą wszyscy sympatycy futbolu, ale wydarzeniem bez precedensu jest fakt, że po raz drugi w przeciągu trzech lat w o tytuł mogą walczyć drużyny z jednego miasta – Madrytu. Atletico już może powoli przygotowywać się do meczu, który odbędzie się dwudziestego ósmego maja na mediolańskim San Siro, a dzisiaj swoją szansę może wykorzystać ich sąsiad zza miedzy, Real. Czy czekają nas derby Madrytu we Włoszech? Szanse są co najmniej duże!

Ale po kolei. Wczoraj obejrzeliśmy rewanżowe spotkanie pomiędzy Bayernem Monachium a Atletico Madryt. Zaraz po losowaniu par półfinałowych delikatnym faworytem dwumeczu była drużyna prowadzona przez Pepa Guardiolę. Bawarczycy trzeci raz z rzędu awansowali do tej fazy rozgrywek, nie udało się im natomiast ani razu dostać do finału. Pep po sezonie żegna się z Monachium i była to jego ostatnia szansa na zdobycie z Bayernem tytułu. Pierwsze spotkanie w Madrycie zmieniło nam postrzeganie faworyta do awansu, piłkarze Simeone w swoim stylu, który krótko można opisać jako żelazną defensywę z przebłyskami geniuszu w ataku, pokonali rywala 1:0 i do Niemiec jechali ze sporą zaliczką. Mecz zaczął się dokładnie tak jak można się było spodziewać, czyli od szturmu Bayernu na bramkę Oblaka. Nazwać go frontalnym atakiem to mało, piłkarze Guardioli nie ruszyli się ani na chwilę z połówki Atletico i kwestia czasu było kiedy padnie bramka. Czekaliśmy pół godziny i dopiero po stałym fragmencie, rzucie wolnym wykonanym przez Xabiego Alonso, piłka wpadła do siatki. Trzeba dodać, że Hiszpan miał sporo szczęścia bo gdyby nie rykoszet to bramkarz pewnie wyłapałby uderzenie. W tym momencie wynik dwumeczu był idealnie remisowy, ale czekała nas jeszcze godzina gry i nikt nie wyobrażał sobie, że tak zakończy się to spotkanie. Na kolejne atrakcje czekaliśmy trzy minuty, kiedy to Gimenez faulował we własnym polu karnym i sędzia Cakir podyktował jedenastkę do której podszedł Muller. Mogło być po meczu, ale Niemiec nie trafił, właściwie to Oblak idealnie odczytał jego intencje i obronił. Czy to miało wpływ nie grę monachijczyków? Na pierwszy rzut oka nie, dalej grali swoje, ale na pewno w głowach siedział im niewykorzystany karny. Po przerwie zaczął realizować się czarny scenariusz dla Bayernu. Ataki nie przynosiły skutków, a w pięćdziesiątej czwartej minusie Torres uruchomił podaniem Griezmanna i właśnie ta kontra dała Hiszpanom remis. Niemcy potrzebowali teraz dwóch bramek aby myśleć o finale. Strzelić trzy bramki mistrzom defensywy z Madrytu graniczy z cudem, ale mistrzowie Niemiec nie poddawali się i po jednej z akcji zapoczątkowanych przez Alabę piłkę do bramki z najbliższej odległości wbił głową Lewandowski. 2:1, dwadzieścia minut do końca, jedna bramka do awansu, takie końcówki meczów lubimy! Niestety dla nich, Bawarczycy bili głową w mur. Zespół „Cholo” bronił się w swoim stylu i próbował wyprowadzać kolejne zabójcze kontry. Po jednej z nich, na kilka minut przed końcem meczu, sędzia Cakir podyktował kolejny rzut karny. Jak dopatrzył się faulu na Torresie w polu karnym wie to tylko on sam. Całe zajście miało miejsce metr od szesnastki i nawet Torres siłą rozpędu ledwie do niej doleciał. Sprawiedliwości stało się jednak zadość, bo sam poszkodowany uderzył źle i Neuer obronił jedenastkę. Do końca wszyscy kibice z Monachium wstrzymywali oddech, ale nie zmieniło się już nic. Zwycięska porażka Atletico daje im awans do finału i kolejną szansę na zdobycie upragnionej Ligi Mistrzów!   

A tam może dojść do powtórki sprzed dwóch lat i meczu z Realem, który dziś rozegra rewanżowy pojedynek z Manchesterem City. Pierwsze spotkanie tych ekip zakończyło się bezbramkowym remisem i zostało kandydatem do otrzymania tytułu najnudniejszego meczu w historii Ligi Mistrzów. Mamy nadzieję, że rewanż w Madrycie będzie wyglądał zupełnie inaczej. Na szczęście Real grający u siebie to zupełnie inna drużyna niż ta, którą często oglądamy na wyjazdach. Na Bernabeu po prostu nie przystoi „Królewskim” grać takiej „padaki”! Dobrą też dla nich wiadomością jest powrót do gry Cristiano Ronaldo, który z powodu kontuzji mecz w Manchesterze oglądał z trybun. Własna murawa i powrót lidera zespołu powinny dać Hiszpanom pozytywnego „kopa”. Muszą oni jednak uważać, City nie ma kompletnie nic do stracenia. To ich pierwszy w historii półfinał i jeśli podejdą do meczu bez presji, podobnie jak do ćwierćfinałowego pojedynku z PSG, to mogą napsuć Realowi krwi. Pamiętajmy, że już bramkowy remis będzie przepustką na San Siro, a nie jest to wynik nieprawdopodobny! Zwłaszcza, że „Obywatele” mają w swoich szeregach zawodników, którzy strzelać potrafią z Aguero na czele! My, ze swojej strony, prosimy o emocje porównywalne do tych wczorajszych!

Komentarze