Krzysztof Ignaczak: Wielka siatkówka na śniadanie

Przepraszam, że trochę mi zajęło, zanim popełniłem kolejny wpis. Pochłonęła mnie po prostu moja pasja, czyli siatkówka, a konkretnie turniej finałowy Ligi Mistrzów. Zanim rozegraliśmy go z moją Asseco Resovią Rzeszów w Krakowie, to przygotowywaliśmy się w pięknym Arłamowie. Można więc powiedzieć, że byłem trochę „internowany”, jak kiedyś prezydent Lech Wałęsa. Dziś w Arłamowie mamy wspaniały ośrodek, w którym sportowcy mogą uzyskać niesamowity spokój. W pięknych Bieszczadach szykowaliśmy się do Final Four. Cały tydzień ciężko pracowaliśmy, by bić się z najlepszymi zespołami Europy o najważniejsze klubowe trofeum.

*********************************************

Dziś już wiemy, że po raz drugi z rzędu (takiej sztuki dokonali w Lidze Mistrzów jeszcze tylko Biełogorie Biełgorod oraz Trentino Volley) triumfowali Rosjanie z Kazania. Z mojej perspektywy mogę powiedzieć, że odczuwam teraz ogromny żal, że nie udało nam się zdobyć medalu. Nie wiem czy oglądaliście nasze mecze w Krakowie, bo walczyliśmy naprawdę dzielnie, jednak czegoś zabrakło by pokonać największe kluby. Zenit pobił nas w półfinale swoją siłą fizyczną, nam zabrakło trochę w drugim secie, w którym prowadziliśmy i łatwo tę przewagę straciliśmy. A gdyby udało się ją utrzymać, to pewnie byłoby inaczej. Ale jak to mówią, gdyby baba miała wąsy… Nie wytrzymaliśmy, a tak klasowy rywal po prostu to wykorzystał. Daliśmy swojego maksa, jednak Zenit i ekipa Cucine Lube Civitanova były silniejsze. Wiem, niektórzy po półfinale i gładkiej porażce Lube z Trentino wyobrażali sobie, że my się po nich przejedziemy jak walec. Chcę tylko przypomnieć, że ta ekipa była budowana nie po to, by sobie pograć, a po prostu wygrać Ligę Mistrzów, ligę włoską. Wystarczy popatrzeć na nazwiska, jacy gracze są w ich kadrze. Myśmy zresztą wiedzieli, że w Krakowie Lube nie zagra już drugiego tak słabego meczu, jak w półfinale. I nie zagrali, a na dodatek my popełniliśmy w końcówce czwartego seta kilka prostych, niewybaczalnych na tym poziomie pomyłek. Cóż, przegraliśmy 2:3 i możemy już tylko odczuwać sportowy żal, niedosyt. Mogliśmy chyba zrobić więcej, ale nam się to nie udało.

Z kolei trudno więcej oczekiwać od polskich widzów. Na pewno nasi kibice w hali zasługiwali na medal i to złoty, bo kolejny raz spisali się znakomicie, a hala w Krakowie była nimi niemal wypełniona. Kilkanaście tysięcy ludzi zdzierało dla nas gardła, mam nadzieję, że nie wyszli zawiedzeni. Może wyniki nie były satysfakcjonujące, ale my walczyliśmy. W sporcie trzeba uznać wyższość przeciwnika, ale zawsze trzeba walczyć do końca. Myśmy się bili do ostatniej akcji. A widowiska w Krakowie były wspaniałe dzięki tysiącom barwnych, wspaniałych ludzi.

*********************************************

Dwa dziadki ;) z pod jednej siatki ;)

Dwa dziadki 😉 spod jednej siatki 😉

Zastanawiałem się, bo ten turniej finałowy był troszkę dziwny, macie podobne zdanie? Gdzieś wydawało się, że poziom (nie mówię o emocjach i dramaturgii, bo tej było aż nadto) mógł być trochę wyższy? A może to po prostu jest tak, że już w naszej PlusLidze czasem gramy na tak wysokim poziomie, że później trudno szukać jakichś zdecydowanie lepszych starć nawet w Lidze Mistrzów. Może trochę grymasimy? Sam już nie wiem…

Po raz kolejny muszę się przyznać, że Wróżbita Krzysztof raczej strzela ślepakami. Mówiłem przed finałem, że po cichu stawiam na Trentino. Do drugiego seta mój scenariusz się sprawdzał, potem jednak kolejny raz okazało się, że wróżyłem z fusów. Wróżbita znowu nie spisał się jako wróżbita. Znaczy się nie znam na siatkówce…

Przed nami, czyli moją Asseco Resovią zaraz batalia o złoto PlusLigi. Turniej w Krakowie to dla nas wspaniałe przetarcie przed finałem z ZAKSĄ. Pierwsze bitwy już za chwilę, bo w czwartek i piątek, 21 i 22 kwietnia. Polecam wam, bo poziom i emocje nie będą niższe niż w Final Four Ligi Mistrzów. Trzymajcie za nas kciuki w finale!

PS. Powiem wam, że siatkówka łączy pokolenia. Widziałem to doskonale na stołówce „międzyzakładowej”, gdzie posilali się wszyscy uczestnicy turnieju w Krakowie. Od znanych, wielkich gwiazd, jak Milijković, Wierbow, po młodszych jak Drzyzga, Leon, po młodziaków, jak choćby Giannelli – wszyscy z nich to jedno, zjednoczone środowisko. W kuluarach, na korytarzach zawsze można było z kimś ciekawym pogadać, pożartować, powygłupiać się, poplotkować o transferach (o tym wkrótce). Cieszyłem się z tego, bo sam nie wiem, ile jeszcze będę grał i czy będę miał jeszcze kiedyś okazję jadać w gronie takiej siatkarskiej rodziny.

Komentarze