Krzysztof Ignaczak: Nic nas nie wykończy

    Za chwilę się zacznie, za moment ruszy ostatni turniej dający przepustki na igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro. Rozgrywany będzie w Tokio, a chłopcy pewnie wkoło będą mieli te wszystkie zabawne z naszego punktu widzenia nazwy i słowa, które u Europejczyków wywołują na twarzach uśmiech i zachęcają do częstych przeróbek (choćby najlepszy japoński piłkarz – kiwa jako tako…). Mam nadzieję, że takie same uśmiechy pojawią się na naszych twarzach już po zakończeniu turnieju i uzyskaniu przez biało-czerwonych biletów do Rio. Nikt pewnie z nas nie wyobraża sobie Brazylii bez naszych graczy, ale ja pamiętam jeszcze takie czasy, gdy awans nie był oczywistością.

    ******************************

    Ostatnio nasi kochani siatkarze bywali na igrzyskach niemal zawsze, czasem nawet jako jedyny sport drużynowy z naszego pięknego, nadwiślańskiego kraju. Teraz na nich czekają już piłkarze ręczni, mam nadzieję, że trzymają mocno kciuki za naszych. Na pewno tak jest!

    Wracając na chwilę do teraźniejszości to wiem, że w Japonii lekko nie będzie. Widać to choćby po ostatnim sparingu przeciwko ekipie Iranu. Pod wodzą Raula Lozano panowie z wąsami znowu stali się groźni i niebezpieczni dla reszty świata. W zamkniętym sparingu pokonali nas 3:2, co może troszkę niepokoić, lecz z drugiej strony bym nie przesadzał, nawet nie widzieliśmy tego meczu.

    Foto: CYFRASPORT

    Foto: CYFRASPORT

    Wiem za to, że biało-czerwoni mają wyjątkowo wyboistą drogę do Rio, w walce o przepustki na igrzyska czeka ich ponad 20 meczów. To szaleństwo! Przypomina mi się nasza walka sprzed lat, gdy reprezentacja Polski nie była tak wysoko notowana i musiała bić się do ostatniej chwili. Ale to przecież było całe wieki temu…

    ******************************

    Pamiętam jednak doskonale ten 2004 rok i słoneczną Portugalię. Rozgrywaliśmy wtedy turniej pod wodzą Stanisława Gościniaka i Igora Prielożnego. I to właśnie z nimi dostaliśmy się na igrzyska, choć wcale nie było łatwo, można powiedzieć że weszliśmy na nie kuchennymi drzwiami. Na turnieju interkontynentalnym nie było już mocarzy, bo wcześniej wielcy z Europy (nasz kontynent do dziś jest najsilniejszy na świecie a zarazem najtrudniej z niego awansować na igrzyska, stąd dziś chłopcy mają Japonię…) już na igrzyska się zakwalifikowali, nie było także mocnych spoza naszego regionu. Wenezuela i Kazachstan – te mecze to była tylko formalność, starcie z gospodarzami było kluczowe. I Portugalczycy, dobrze zdając sobie sprawę, że jesteśmy zimnokrwiści, żyjący bliżej wschodu, przygotowali dla nas niespodziankę. Ponoć akurat tego dnia, i tylko tego, uszkodziła się klimatyzacja w hali. Było piekielnie gorąco, Portugalczycy tym upałem chcieli nas wykończyć. Wiedzieli, że pewnie prędzej czy później nas ugotują. Tak się na szczęście nie stało, przeżyliśmy upał, pamiętam że choćby Seba Świderski jechał już na oparach, ale nie pękliśmy i piąty set był nasz. Ale to była radość, megaszczęście i nie mam na myśli tego wyniku, lecz nasz awans na igrzyska, na który tak czekano w Polsce. Mimo przeciwności (na zewnątrz i wewnątrz – jeden z nas trochę rozrabiał, wiecie o kim mówię, prawda?) daliśmy radę spełnić nasze sportowe marzenia. Chcę, pragnę z całych sił, by obecni biało-czerwoni też pojechali na igrzyska, szczególnie ci, dla których to będą pierwsze takie zawody. Dzięki Portugalii ja po raz pierwszy zrozumiałem co to znaczy być olimpijczykiem. Teraz zasiądę przed TV i będę wam kibicował chłopaki, jak ponad 40 milionów innych Polaków.

    Komentarze