Krzysztof Ignaczak: Jaś nie doczekał

    No i wreszcie zapłonął! Zapłonął znicz olimpijski, na co wszyscy czekaliśmy. Niestety, nie wszyscy się doczekali, by zobaczyć to wydarzenie na żywo – ja poległem na kanapie…

    Godzina była wprawdzie dosyć późna, ale we mnie przecież grały gdzieś te wszystkie emocje, chciałem poczuć to Rio choć trochę na własnej skórze. Ale padłem i zostało mi tylko podglądanie z odtworzenia.


    Ceremonia, jak ceremonia. Każdy ma zapewne swoje zdanie na temat jej walorów estetycznych czy artystycznych. Jak każda był z pewnością charakterystyczna, każdy w niej znajdzie coś takiego, co pozostanie mu w pamięci na dłużej. Ja ze swojej kanapy przypominałem sobie, jak to jest widziane od strony sportowców, którzy wchodzą na stadion i machają do kibiców.

    To ciężka praca, która zaczyna się w drodze z hotelu na stadion, czasem umęczy już ten sam przejazd. A potem dochodzimy do stadionu, stoimy przed nim w niebywale długim wężu-kolejce, który wije się w różne strony. To trochę męczące, poza tym stojący w kolejkach nie widzą wszystkich atrakcji, które mogą zobaczyć tak naprawdę tylko telewidzowie.

    To wcale jednak nie oznacza, że to nie jest przyjemny moment, wręcz przeciwnie, bo przecież wchodząc na stadion masz świadomość, że za chwilę będzie oklaskiwał cię cały sportowy świat. To wzrusza.

    Ja wczoraj doczekałem tylko prawie do „G” i obudziłem się przy państwach na literę „S”. Oko mi się zamknęło w najgorszym momencie, na szczęście jest internet i mogłem zobaczyć, jak wspaniale byli ubrani nasi reprezentanci. Biało-czerwoni wyglądali świetnie, patrzyłem na ich twarze – niby byli uśmiechnięci, a jednak już skoncentrowani. Wiedzą, że ta radość szybko musi się zamienić w walkę o olimpijskie marzenia. A o medale bić się będzie 206 krajów, miejmy nadzieję w czystej formule Pierre’a de Coubertina.

    Nam zostaje raz na cztery lata usiąść i patrzeć na zmagania współczesnych gladiatorów. Nadchodzi fajny czas, czas bicia rekordów, nie tylko tych na papierze, lecz także pokonywania własnych, ludzkich barier. Życzę nam świetnych emocji, a naszym sportowcom worka z medalami.


    Jeszcze a propos ceremonii – tak mi się skojarzyło, że w olimpijskiej wiosce już ruszyło współczesne łowienie Pokemonów, czyli poszukiwanie znaczków, które przywiozły ze sobą wszystkie reprezentacje. A już na pewno najbardziej zacięta będzie walka o te najbardziej egzotyczne, czyli z takich krajów, które mają w Rio np. czterech sportowców. Czyli szanse na znaczki są mikroskopijne…

    Patrząc na ceremonię w Rio skojarzyła mi się też historia sprzed lat, gdy byliśmy na igrzyskach w Atenach. Wtedy nie mogliśmy na nią iść, bo nazajutrz mieliśmy grać. I tak byliśmy szczęśliwi, bo udało nam się zorganizować projektor i mogliśmy wspólnie, prawie całą drużyną, oglądać ceremonię w telewizji.

    Było fajnie do momentu, gdy zobaczyliśmy jednego delikwenta na ekranie – nasz kolega Piotr udał się na samowolkę, paradował zadowolony. Myśmy cierpieli, a on spacerował sobie w kapeluszu. Co było dalej? Opiszę wam w książce, o której tak dużo ostatnio gadam.

    Komentarze