Kopciuszków w europejskim futbolu było więcej!

    Jak pewnie już wszyscy wiecie, mamy nowego mistrza Anglii. Sytuacja bez precedensu, że w czasach kiedy pieniądz rządzi już sportem tak mocno, to ten prestiżowy tytuł w być może najlepszej lidze świata zdobywa drużyna złożona z zawodników, których żaden poważny klub wcześniej nie chciał. Leicester City w przegranym polu zostawiło potęgi pokroju Manchesteru City czy Arsenalu Londyn. Wielu obserwatorów mówi, że to co się wydarzyło na Wyspach Brytyjskich jest absolutnie wbrew jakiejkolwiek logice. Z jednej strony to prawda, z drugiej takie sensacje zdarzały się w europejskim futbolu klubowym już wcześniej.

    Pierwsze skojarzenie jakie mam to Blackburn Rovers – mistrz Anglii w sezonie 1994/95. Byli przecież rywalem grupowym Legii Warszawa w Lidze Mistrzów. I nie potrafili piłkarzom z Łazienkowskiej strzelić w tych rozgrywkach nawet bramki! Nieźle co? Nie będziemy jednak skupiać się na „Wojskowych”. Ten sukces Blackburn w tamtym czasie był możliwy głównie dzięki niesamowitej parze napastników: Alan Shearer i Chris Sutton. Panowie razem zdobyli 49 goli w tamtym sezonie. To był duet!

    W ostatnim czasie rozgrywki niemieckiej Bundesligi kojarzą nam się głównie z rywalizacją Bayernu Monachium z Borussią Dortmund. Zdarzały się tam jednak i większe sensacje niż obecny mistrz Anglii. Chodzi o sezon 1997/98. Tytuł mistrza kraju zdobył wówczas beniaminek z FC Kaiserslautern. Do dzisiaj nikt nie powtórzył ich wyczynu. Jak się okazało ich trener zrobił jeszcze jedną wielką sensację w europejskiej piłce. Nazywał się Otto Rehhagel i w 2004 roku zdobył z Grecją mistrzostwo Europy.

    Podobnie jak w Niemczech ma się dzisiaj sytuacja we Francji. PSG dzieli i rządzi i trudno sobie wyobrazić, aby miało to się zmienić w ciągu najbliższych lat. Jednak nie tak dawno, bo w sezonie 2011/2012 tytuł mistrza kraju w tamtejszej lidze zdobyła drużyna Montpellier. To była dopiero sensacja i „romantyczna” historia. Ten biedny zespół, w którym grali wówczas młodzi i niedoświadczeni zawodnicy w przegranym polu zostawił wspomniane już wcześniej PSG, Lyon i Marsylię. To w tamtej drużynie „narodził” się wówczas Olivier Giroud.

    U nas sezon wchodzi w decydującą fazę. Historia Leicester bardzo przypomina, to co robi w tym momencie Piast Gliwice. Każdy cały czas czekał, aż w końcu oba te kluby zaczną regularnie przegrywać. Jak to się skończy w Polsce, to jeszcze zobaczymy. Warto przypomnieć jednak, że był w naszej lidze taki sezon 2006/07, w którym mistrzem Polski zostało Zagłębie Lubin, a na drugim miejscu był GKS Bełchatów. Jednym słowem był to bardzo przewrotny rok, nawet jak na standardy Ekstraklasy .

    Jak widać, takie sytuacje jak ta z Leicester zdarzały się i będą miały nadal miejsce. I bardzo dobrze. Inaczej kibicowanie nie miałoby najmniejszego sensu. Sensacyjne wyniki to istota rywalizacji. Jest jednak jedna smutna wspólna cecha, która łączy wszystkie „mniejsze” kluby, które w pewnym momencie osiągnęły wynik ponad ich możliwości. Zwykle sezon lub dwa po tym ogromnym sukcesie przychodził kryzys i taki klub w najlepszym wypadku grał co roku o utrzymanie. Czy historia Leicester będzie inna? Czy podzielą losy Blackburn Rovers w Lidze Mistrzów i nie strzelą w dwumeczu bramki mistrzowi Polski? A dlaczego nie?!

    Komentarze