Juras Blog: Walentynki

    Delikatna wibracja telefonu, miło połaskotała mnie po pośladku. Przyznam, że liczyłem na początku, że to wciąż piękny sen, gdzie niczym Dan Bilzerain leżę nad basenem w Miami, a stado pięknych kobiet masuje mnie po tyłku. No nic. Trzeba będzie przegryźć chwilową gorycz porażki i następnym razem, aby nie było takich rozczarowań, nie zasypiać z telefonem w ręku. Tak czy inaczej leżąc na średnio wygodnej kanapie w salonie powoli otwieram oczy, a przenikające przez zasłonięte rolety okien wpada ciepłe światło wiosennego poranka. Pierwsza myśl? Znaczy druga, po tym jak uporałem się z bezwarunkowym porannym odruchem każdego faceta, to… wiosna… suchy asfalt… motocykl… Tak, każdego takiego poranka to zazwyczaj bywa moja pierwsza myśl. Szybko jednak przypominam sobie, że mamy zimę i jak znam życie, to brak śniegu w lutym i wiosenne temperatury zwiastują, że moto sezon zacznie się w tym roku bardzo późno. Zaraz po tym jak na „majówkę” pojedziemy wszyscy na narty czy snowboard. W Tatry, a nie w Alpy…

    Przeciągam się, czując jak 34-letnie kości dopominają się o powrót na miejsce. To nie jest najbardziej przyjemny odgłos poranka. Z napuchniętą twarzą menela patrzę tępo przed siebie w bliżej niezdefiniowany punkt. Chciałbym napisać, że setka myśli przebiega mi właśnie przez głowę, ale prawda jest taka, że czuję się jak człowiek pierwotny, który zobaczył iPhone’a. Nie wiem, czy mam się drapać po głowie, czy po dupie. Po tych niezwykle intelektualnych sekundach przychodzi jednak przebłysk geniuszu. Dziś niedziela tak? Czternasty dzień lutego tak? Walentynki jak kto woli tak? Ha! Już nie mogę doczekać się wysypu internetowych memów, zdjęć i filmów zakochanych, tych zakochanych w kimś bez wzajemności, którzy wciąż liczą, że zadzwoni do nich Bradd Pitt czy Jessica Alba oraz tych, którzy święto zakochanych hejtują na potęgę. Ja postaram się postawić siebie w dalszej części bloga trochę po stronie tych drugich. Nigdy walentynek nie obchodziłem i obchodzić nie będę. Mogę rzucić frazesem, że kocha się cały rok, a nie jeden dzień tylko, itd. Sprowadzę to do głębszej analizy. Rozumiem, nie mam nic przeciwko, że dziś wszystkie pary będą kipieć miłością i czerwonym kolorem jak Etna. Tylko niech ta Wasza faza trwa dłużej niż tylko dziś. Dziś kwiaty, jutro awantura. Nie róbcie tego kochani. Starajmy się pielęgnować to uczucie każdego dnia, a pewno będzie żyło się przyjemniej. Kochajmy swoje drugie połówki, Mamy, córeczki, kochanki, Babcie, koleżanki, itd. Mówiąc o drugich połówkach nie miałem na myśli tej, którą chłodzicie na wieczór w zamrażalniku!

    Idąc chwiejnym krokiem do łazienki, aby wziąć odświeżający prysznic, staję przed lustrem patrząc głęboko we wciąż zaspane oczy. Na tej twarzy bez wyrazu, bez emocji zaczyna rysować się uśmiech. Z każdym ułamkiem sekundy coraz bardziej szczery, a oczy promienieją tak, że mógłbym zgasić światło w łazience, a i tak będzie jasno! W mojej głowie zaiskrzyło. Czternasty dzień lutego tak? Tak! To już dziś! Nie musiałem włączać muzyki, aby w głowie zagrał Pharell Williams i jego Happy! Szybki pląs, przeskoki biodrem na takt razy dwa, piruet i wskok do wanny. Prysznic nie pierwszy raz służy jako mikrofon. Kto nigdy tego nie robił, niech pierwszy rzuci nowym telefonem o beton! Ha! Wiedziałem 🙂

    Szybki prysznic… z uśmiechem wyszorowane zęby i już w kuchni. Z głośników płynie mój specjalny „secik” muzyczny, który przygotowałem na dziś. Mieszanka Raya Charlesa, Jamesa Browna, Beatlesów i kilku pozytywnych współczesnych wokalistów. Tańcząc rock&rolla smażę jajecznicę. Na boczku rzecz jasna, co by Kuba Mauricz, nie miał koszmarów. Nawet nie wiem kiedy, zniknęła w rozśpiewanej buzi. Tanecznym krokiem zmierzam do garderoby. Tam mam specjalną półkę na takie dni jak dziś. Prasować nie trzeba, bo jaki prawdziwy facet prasuje t-shirty? Mogę ewentualnie lekko popracować nad jeansami. Te rzucone w kąt poprzedniej nocy lekko zmieniły swoja fakturę. Kurtka z kapturem gotowa, t-shirt gotowy, szalik również. W końcu mamy zimę!

    Niby mam jeszcze trochę czasu, ale w takie dni jak dziś jakoś powoli to wszystko płynie. Siedząc na kanapie nerwowo tupie nóżką, a ręce nie mają zajęcia. Może meczyk w Fifę na PS4? Może wyjść na dłuższy spacer z psem? Namówię córeczkę na zabawę z piłką? Nie myślę nawet o tym, co zjem na obiad. W takie dni jak dziś żołądek jakby ściśnięty. Nerwowo spoglądam na zegarek. Poczytam. Nie, nie chce mi się. Może gitara? ręce się trzęsą i nic z tego nie będzie.

    Dobra już czas… Starannie układam kaptur w kurtce, sznuruje białe Superstary, na szyję wciągam trójkolorowy szalik. Samochód, muzyka z Gladiatora, szybka jazda. Jestem. Jeszcze jest tutaj cicho, ale już za kilka chwil cała Warszawa zatrzęsie się niemiłosiernie. Rytmicznie, w rytm dźwięków znanych z wielkich Galer. Idąc ciemnym tunelem, widzę na końcu światełko. Nie kochani. Nie umarłem. Wręcz przeciwnie. Serce bije mocniej, krok przyspiesza, kciuk przełączył tryb ON na nieodłącznym atrybucie tego dnia. Zielona jasność i kolorowo biała poświata rozświetliła mi obraz. Łzy cisną się do oczu, a serce mówi… moja jedyna miłość. Jestem, staje na środku zielonej łąki, gdzie co jakiś czas przelatuje czarno-biały okrągły, ale jakże zdefiniowany przedmiot. Wdech i… głośne ceeeeeeeeeeeeeeeeeeeee rozlega się do mikrofonu, który idąc w ciemnym tunelu klubowych pomieszczeń, przełączyłem w tryb ON. Kiedy reszta tchu dotarła do mikrofonu, a 30-tysięczny tłum odpowiedział CWKS CWKS LEGIA, wiedziałem, że cholernie długo czekałem na ten dzień. Moje Walentynki… moja miłość… moja Legia Warszawa. Ekstraklasa wróciła! Po Mistrzostwo drużyno!!!

    Miłego dnia i do zobaczenia na Łazienkowskiej 3. Wiem, że czyta to wielu kibiców drużyn, które delikatnie mówiąc, z Nami nie sympatyzują. Wyrozumiałości proszę i spójrzcie na szerszy koncept tego bloga. Wiem, że wielu z Was też miało swoje walentynki podczas tego weekendu, kiedy szliście na miejscowy stadion. Gramy. Z szacunkiem dla siebie. Niech wygra lepszy! (Czyli Legia hihi.) Pozdrawiam i miłego dnia wszystkim! Mój będzie najlepszy. Oby tyko goście z Białegostoku nie popsuli mi wieczornego humoru! 🙂

    Foto: zszywka.pl

    Komentarze