Juras Blog: To dobry dzień na śmierć…

    W końcu. Nigdy specjalnie nie narzekałem na robienie wagi, gdyż kilogramy zbijałem konsekwentnie podczas przygotowań, ale zawsze ten dzień bez wody trzeba sobie wynagrodzić dobrą kolacją i dużą szklanką niezdrowego napoju gazowanego. Tak naprawdę jakby jakiś dietetyk widział, co wjeżdża po ważeniu na mój talerz, to załamałby się i prawdopodobnie nigdy nie otrząsnął. Ma być dużo i tłusto. Może niekoniecznie jest to zestaw z McDonaldsa, ale jakieś frytki przetaczają się tam po keczupie. Najedzony, napity, można iść spać. Jutro wojna.

    Wstaję skoro świt, bo choćbym bardzo chciał lenić się do południa, to stres nie pozwala zmrużyć porządnie oka. To będzie długi dzień. Tylko ode mnie zależy w jakim humorze go zakończę. Lekkie śniadanie, prysznic, kawa. Wszystko jakoś średnio smakuje, a przełyk lekko ściśnięty. Pójdę na spacer. Przejdę się chwilę, pomyślę, raz jeszcze wizualizuje sobie dzisiejszy wieczór.

    Na obiad makaron z kurczakiem. Prawie zawsze tak jest i prawie zawsze zjadam tylko do połowy. Kolejny rytuał tego dnia to mocna kawa i koniecznie dobre ciastko. Najlepiej czekoladowe.

    Już czas. Starannie układam do torby spodenki Manto, z nadrukiem sponsorów i Jurasem gdzieś na nogawce. Dres do rozgrzewki, czapka, rękawice, ręcznik i ochraniacz na zęby. Resztę będzie miał mój narożnik. Torba na ramię i do samochodu.

    Kiedy wychodzę z domu blask słońca uderza w oczy, a kaptur na głowie powoduje lekką duszność. Idąc na parking w głowie zawsze to dziwne reklamowe powiedzenie…”to dobry dzień na śmierć”. Serio. Nie wiem dlaczego tak mocno wbiło mi się to w głowę, ale w takich dniach powtarzam to zawsze. Sam do siebie. Czasami na głos.

    Jadę choć koncentracja średnia. Muzyka z głośników płynie do uszu jakby miała dopompować dodatkowej mocy. Różnie. Czasami Iron Maiden, czasami muzyka filmowa z „Gladiatora”. Warszawski Torwar już czuje atmosferę. Ludzie zbierają się w grupy, formują kolejki. Wiem, że za chwilę w drodze do środka spotkam wielu z nich i z przyjemnością zrobię sobie zdjęcie. Nigdy nie odmawiam. To, gdzie jestem i co mam, zawdzięczam temu, że chcą mnie oglądać. Przywitanie z ochroną, plakietka na szyje i do szatni.

    lukasz_jurkowski_skok-Laczy_nas_pasja_ups

    Pierwszy krok zrobiony. Za kilka godzin będzie po wszystkim. Torba pod głowę i leżenie. Jeszcze tylko próba otwarcia, omówienie zasad, które znam już na pamięć, więc średnio słucham. Powrót do szatni i czekanie. Na ten pierwszy moment, kiedy dreszcz emocji przeleje się przez kręgosłup. Kiedy w sekundę spocisz się i jest ci zimno. Dreszcz. To moment, gdy Twój trener mówi: dobra już czas, rozgrzewamy się. Delikatny rozruch korytarzem, rozciąganie stawów i mięśni i przepalenie płuca, czyli trochę szybkiej tarczy, skoków, wynoszeń i pompek. Jak zapali w płucach przed walką, to nie zapali w ringu czy w klatce. Zawsze wtedy myślę sobie – czy na pewno jestem dobrze przygotowany? Czy za zadyszka nie za szybko? Czy dam radę kondycyjnie? Kurwa oczywiście, że dam. Nie po to tyle trenowałem.

    Już czas… spodenki na tyłek, bluza, czapka, kaptur, buty. Ciemnym korytarzem idę na backstage. To chyba najdłuższe 100m jakie można wtedy przejść.

    Monitor. Widzisz, jak kończy się pojedynek przed Tobą i wiesz, że za chwilę strzał adrenaliny numer dwa. To moment, gdy Waldek Kasta czyta Twoje nazwisko, a pierwsze takty muzyki płynął z głośników. „Wchodzisz na ring, walczysz!” rapuje Żółw i Miexon. W tej jednej sekundzie chcesz się zwymiotować, rozluźnić zwieracze i zsikać w spodenki. Pot miesza się z dreszczem zimna. Krzyczę. Zawsze to robię przed krokiem na podest.

    Blask świateł, muzyka w uszach, brawa kibiców. Idąc w stronę klatki nie ma już stresu. Wiesz, że zrobiłeś wszystko, aby być w tym miejscu, aby stawiać kolejne kroki. Cieszysz się, że możesz spełniać swoje marzenia. Stajesz przed cutmanem, który wciera wazelinę na łukach brwiowych, sprawdza rękawice i wymagane ochraniacze. Już tylko w spodenkach, ze szczęką w zębach i zaciśniętymi rękawicami wchodzisz na arenę walki. Zamknięty linami czy siatką… Tak. To dobry dzień na śmierć…

    Kurwa…jak mi tego brakuje…

    Dzisiejszy blog niech będzie odpowiedzią na wiele pytań, które od Was dostaję. Nie żałuje niczego. Decyzji o zakończeniu kariery przede wszystkim. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Miłego dnia i pozdrawiam z obozu MMA w Bieczu! Zbieram się na trening 😉

    Komentarze