Juras Blog: Ryzyko Zawodowe?

Niestety, dziś nie będzie ani zabawnie, ani ostro. Będzie natomiast smutno. W ostatni weekend na irlandzkiej gali TEF 1 w Dublinie doszło bowiem do tragicznego finału pojedynku pomiędzy miejscowym fighterem, Charlie Wardem, a reprezentantem Nobrega Team, Joao Carvalho. Walka zakończona przez TKO w trzeciej rundzie na niekorzyść tego drugiego. Dla miejscowej publiczności szał radości, dla Portugalczyka gorycz porażki. Nie porażka okazała się jednak tego wieczoru tragedią. Dwadzieścia minut po walce Carvalho poczuł się bardzo źle i został szybko przewieziony do szpitala. Operacja mózgu. Śpiączka. Niestety, 48 godzin później zawodnik zmarł…

Sporty walki niosą za sobą ryzyko. Ryzyko, o którym bardzo często w ferworze ilości walk, hitowych starć, ładnej medialnej otoczce konkretnych pojedynków, fani zapominają. Zapominają jak cholernie ryzykowny jest to sport. Dostają produkt w postaci dwóch fighterów, którzy rywalizują w najczystszym teście wyższości człowieka nad człowiekiem. Pięści, kolana, łokcie, nogi. Grymas bólu na twarzach, litry krwi spływające z rozciętych łuków brwiowych. Gaśnie światło. Ktoś się cieszy, ktoś nie rozumie co się stało. Nokaut. Zdjęcia, autografy, wizyta w szpitalu. Na sukces trzeba zapracować tygodniami ciężkich treningów i wyrzeczeń. Ilość ciosów, które przyjmujesz, ból głowy po sparingach. Coś za coś. Własny wybór. Czasami jednak organizm mówi stop. Joao Carvalho stoczył swój ostatni pojedynek walcząc o życie i ten pojedynek przegrał. Podobnie jak walkę z Wardem. Nie był zawodnikiem, o którym z łatwością mówimy „rozbity”. To była dopiero Jego trzecia zawodowa walka. Pod naporem Warda, przyjmując kolejne ciosy, coś w głowie pękło…

joao-juras-blog-laczy-nas-pasja

Niewiele jest w historii MMA śmiertelnych przypadków. Tych wynikających z obrażeń po walce zaledwie kilka. Przez ponad 20 lat świadomości MMA. Statystyka mówi nam zatem, że to bezpieczny sport. Pewnie. Względem choćby boksu, czy piłki nożnej. O sportach motorowych już nie wspominam. Nie chcę zaczynać debaty o tym, czy MMA jest bezpieczniejsze od boksu itd., bo nie o to w tym chodzi. Chcę natomiast podkreślić mocno, że sporty walki, to cholernie ciężki kawałek chleba. Kariera zawodnika trwa krótko. Rzadko który zawodnik po 40-tce znaczy cokolwiek w tej branży. Masz swoje pięć minut i musisz je wykorzystać na maksa. Wygrywać i zarabiać pieniądze tak, aby odłożyć coś na życie po zejściu z ringu czy klatki. Ilu się to udaje? Niewielu. Determinacja wyniku powoduje, że fighterzy sięgają po wszelakiej maści koks, aby organizm mógł więcej, szybciej, mocniej. I żeby nie bolało. Bo większości fighterów kontuzje bolą do końca życia. Przypadków uzależnień od mocnych środków przeciwbólowych w świecie walki jest mnóstwo. O ile ładowanie koksu jest w jakimś stopniu społecznie akceptowalne w sporcie zawodowym, to ryzyko utraty zdrowia niesie inny rodzaj wspomagania, o którym niewiele się mówi, a od kilku lat jest w apteczce wielu fighterów. Przypomnijcie sobie pojedynki w boksie czy MMA kilka lat wcześniej. Po czystych trafieniach przeciwnicy padali jak muchy. Jeden cios, jedna „śmierć” jak powiedziałem niegdyś przy okazji walki Chalidowa z Wallecem. To teraz mając w głowie obrazy pojedynków z przed lat czujnym okiem obserwujcie ile takich niby kończących ciosów przyjmują współcześni gladiatorzy. Kilka… i dalej stoją, dalej walczą. Jest taki magiczny środek, który podawany jest przy okazji ciężkich operacji lub wypadków, aby pacjent pozostał świadomy i nie tracił przytomności. W niektórych przypadkach ratuje to życie. Lekarzem nie jestem, ale znam zasadę działania. Wyobraźcie sobie zatem zawodnika, który przed wyjściem do klatki czy ringu dostaję taką dawkę. Chyba więcej nie muszę nic mówić. Takie czasy. Coś za coś…

Ile ciosów przyjmiesz zależy od Ciebie. Jedne drasną policzek inne wstrząsną mózgiem. Jeszcze inne wyślą Cię na cmentarz. Może nie zawsze bezpośrednio po walce, jak w przypadku walki Ward – Carvalho, ale po latach kariery wielu zawodników nie potrafi posłodzić herbaty, rozsypując cukier z łyżeczki. Urazy mózgu. Cichy zabójca.

Nie chcę w dzisiejszym blogu ruszać kwestii czy można było ten pojedynek przerwać wcześniej, zrobić coś, aby Carvalho dalej żył. Sędzia obroni się w każdym calu. Wszystkie procedury bezpieczeństwa zostały zachowane, więc organizatorzy też nie mają sobie nic do zarzucenia. Nieszczęśliwy wypadek. Wyrazy współczucia dla rodziny i bliskich. Odszedł jeden z nas. Zamiast kłócić się nad trumną lepiej poświęcić czas na chwilę refleksji i zastanowić się następnym razem „opluwając” zawodnika sportów walki za słaby występ. To piękny, ale cholernie ryzykowny sport.

Komentarze