Juras Blog: Quo Vadis MMA

    Witam! Przepraszam z miejsca za brak bloga w weekend, ale nie miałem czasu skrobnąć kilku liter w trasie pomiędzy Kielcami-Warszawą-Giżyckiem, gdzie od piątku miałem okazję pracować. Wszystko w biegu, ponad tysiąc kilometrów za kierownicą, brak czasu aby choć na chwilę otworzyć komputer i spisać swoje przemyślenia. Następnym razem zatrudnię kierowcę i będę pisał w trasie! Między innymi dlatego ostatnio staram się jeździć pociągami. Jest czas nadrobić korespondencję i popisać trochę zaległości. Jako, że zawsze staram się patrzeć optymistycznie na życie… nie inaczej jest w tym momencie, bowiem weekend przyniósł mi pomysł na dzisiejszy wpis.

    Mniej optymistycznie będzie, gdy przejdę do sedna dzisiejszego bloga. Nie będę teraz budował całej kolorowej otoczki i wprowadzenia w temat, siląc się na piękne pióro, czy ruszał Waszą wyobraźnię kreśląc słowem obrazy, a brutalnie przejdę do sedna.

    Bellator. Organizacja MMA w USA, która postawiła sobie za cel sprzedawać max biletów i szukać oglądalności w otwartej telewizji zbliżonej do finału NBA. Niegdyś skupiała się głównie na aspekcie sportowym swoich gal, gdzie mniej rozpoznawalni zawodnicy walczyli w turniejach o godne pieniądze i sportowe życie. Teraz? Organizacja, która kosztem zdrowia i estetyki szuka drogi do popularności. Przyznam się szczerze, że z wyjątkiem walk Marcina Helda przestałem śledzić co się tam u nich dzieje. A dzieje się źle, oczywiście z mojego punktu widzenia, niekoniecznie patrząc od strony skarbnika organizacji. Tam pewno zaczyna się w końcu wszystko zgadzać. Jednak ja jestem przede wszystkim kibicem, tym bardziej ortodoksyjnym i pewne rzeczy już dawno przestały mnie bawić.

    Freak Fights. Coś za co jeszcze trzy/cztery lata temu branża polskiego MMA wysyłała na stos KSW czy MMAttack. Mimo, że hejtowali to wszyscy zainteresowani tym sportem bardziej, niż „typowy Janusz” to i tak wszyscy oglądali to z zaciekawieniem, zażenowaniem, wymiotami, nieskrywaną radością czy przez cały czas trwania takiej walki drapali się po głowie szukając odpowiedzi na pytanie „po co?”. Po co to my akurat dobrze wiemy i nie ma tutaj żadnej dyskusji. Kwestia czy naprawdę organizatorzy gal MMA muszą posuwać się do drastycznych ruchów aby gonić markę UFC?

    W ten weekend Bellator pokazał dwie walki, które miały zapewnić szum. Zapewniły. Najpierw do klatki wyszli zawodnicy, którzy razem noszą na karku 101lat. Serio, serio… Ken Shamrock vs Royce Gracie. Legendy MMA. Ludzie, którzy rozkręcali ten sport… ponad 20 lat temu. Szanuję dokonania obu Panów dla rozwoju dyscypliny, ale mój zmysł estetyki został brutalnie zgwałcony. Oglądałem powtórkę tej krótkiej walki z takim wyrazem twarzy, że ktoś siedzący obok mnie mógłby się zapytać czy nie muszę pilnie do toalety? Nie! – odpowiedziałbym. Nie muszę, bo już jest „po fakcie”. Aby dobić mnie psychicznie i zafundować wczesne stadium katatonii, Bellator postanowił podać mi do ręki rewolwer, arszenik i charakterystycznie związaną linę. Pojedynek Kimbo Slice z Dhafirem Harrisem. Jeden znany z tego, że nagrywał filmiki z ulicznych bójek, gdzie trzeba przyznać pokazywał dobre bokserskie przygotowanie, drugi nazwał siebie Dada 5000 i w sumie, też wypłynął na patencie Kimbo. Jak widziałem „tarczowanie” Dady 5000 w przygotowaniach do tej walki to nie wiedziałem, czy mam się śmiać czy płakać. Wybrałem coś pomiędzy. Kurwa mać. Oni dostali pewno niemałe pieniądze, za to, że wejdą do klatki. Obaj byli tam tak nieporadni, że w trzeciej rundzie podmuch powietrza po ciosach Kimbo, które frunęły z prędkością ślimaka po jointach, wywrócił bezradnego Harrisa. Ten już się nie podniósł. Nie miał siły. Kimbo zresztą też. Cała ta walka to jak oglądanie sportu na slow motion. Żenujący obraz braku przygotowania kondycyjnego, połączony z brakiem przygotowania… technicznego. Gawiedź zadowolona? Dada 5000 mniej, bo skończył w szpitalu… gdzie musiał być reanimowany przez medyków. Brawo. Brakowało tego, aby w wyniku potwornego wyczerpania zawodnik znanej organizacji MMA powiedział NARA i zawinął się z tego padołu. Przypomnę tylko niechlubnie, że w polskim MMA również zdarzały się sytuację, gdzie zawodnik po walce był nieprzytomny ze zmęczenia, a oprócz podawania tlenu, ekipa ratunkowa czuwała, aby nie zatrzymała się akcja serca.

    Jak daleko organizatorzy gal MMA są w stanie posunąć się aby zapewnić sobie sprzedaż biletów, PPV? Bardzo daleko. To biznes i cyfry muszą się zgadzać. Ja jednak będę zawsze głośno mówił o tym, że mi się to nie podoba i nie chcę tego oglądać. A Wy? Róbcie jak uważacie.

    Pozdrawiam!

    Komentarze