Juras Blog: Pamiętnik z Obozu!

    To już piąty dzień obozu w Łebie, który prowadzę wspólnie z Marcinem Różalskim. Nie chcę Cię drogi pamiętniku zanudzać jak wyglądają treningi ale powiem tylko tyle, że oprócz wartości technicznej i Naszego doświadczenia z lat spędzonych na macie, w ringu czy klatce staramy się uczestnikom otworzyć głowę na myślenie, spryt i funkcjonalność niektórych kombinacji.

    Niezwykła i nieoceniona pozostaje również rola wychowawcza Nas jako mentalnych przewodników. Nie często przecież się zdarza, że w jednym miejscu, w jednym czasie spotykają się tak silne charaktery, o niebywałej inteligencji, urodzie i wrodzonym talencie w zasadzie do wszystkiego.

    Od bicia innych w wysublimowany sposób, gdy kibic z trybun może raczyć swe oczy gladiatorskim baletem z akcentem na lekkość i szybkość pracy pięścią, aż po niebywałą zdolnością jedzenia zupy nosem. Ludzie wielu talentów. Skazani na sukces.


    Kiedy zasypiam, po każdym dniu ciężkiej i mozolnej pracy nad tym, aby nasi podopieczni wyjechali z arsenałem nowym zabójczych technik, mam uczucie spełnienia i uśmiech nie schodzi mi z ust. Różal ma to samo choć w Jego przypadku może to być również szczęście wynikające z tego, że śpi z moim psem, a on lubi czasami polizać po udzie. Nie wiem, za rękę czy pod kołdrę nie zaglądam.

    Noc przemija zazwyczaj bardzo szybko, bo wstajemy skoro świt aby porannym biegiem 20 km pobudzić mięśnie i umysł do kolejnej pracy. Następnie rozciąganie i można udać się pod prysznic. Dobrze jest mieszkać z przyjacielem. Z racji tego, że jesteśmy niesamowicie nabici mięśniami, szczególnie pleców to ciężko jest samemu wyszorować sobie plecy. Wtedy zawsze pomagamy sobie wzajemnie. Niestety…kabina prysznicowa jest zdecydowanie za mała. Często dochodzi do przypadkowego kontaktu. Wiecie o czym mówię prawda?


    Śniadanie. Jako, że jesteśmy z Różalem gwiazdami lśniącymi bardziej niż łysina Pazdana, mamy osobny stolik, a co za tym idzie inną niż obozowicze kuchnie. Krewetki, kawior i łyk szampana to dla nas chleb powszedni. Chleb? Nie czytajcie dosłownie. Nie jemy takich rzeczy co bym Nam się kratka na brzuchu nie stępiła.

    Słyszałem, że ośrodek Janina specjalnie na Nasz przyjazd ściągnął Jakuba Mauricza, co by doradził dietetycznie. Dziękujemy i doceniamy. Nie wiem tylko czy to prawda,  bo nawet nie przyszedł się przywitać ale jest też możliwość, że nie chce wyjść do Nas abyśmy nie podważyli naszą wszechwiedzą jego teorii o diecie bezglutenowej.

    juras

    W pokoju mamy porządek. Musi być. Wszystkie ubrania wiszą wyprasowane w szafie, sprzęt sportowy poukładany dokładnie na stoliku, a w łazience pachnie łąką, Szczególnie po rannej kawie. którą trzeba potem przetrawić. Nie wiem dlaczego ale Marcin powiedział, że po tym co czuł nigdy już nie wypije czarnego nektaru. Myślę, że to po prostu zazdrość. Nagle nie jest w czymś najlepszy.


    Jak spędzamy czas wolny między treningami? Pewno myślicie, że zamulamy w pokoju i śpimy? Ha! Nic z tych rzeczy. Aktywnie! Spacer łebskim deptakiem, ciepła kawa popijana w urokliwej knajpce nad samym morzem miesza się z konsultacjami sportowymi dla każdego. Jest ich tak dużo, tak bardzo chcą chłonąć wiedzę, że czasami nie ma nawet przerwy na obiad tylko siedzę i wyjaśniamy zawiłości techniki od treningu do treningu. Taka misja! No dobra czasami pozwolę sobie jeszcze na długi spacer z psem. Mój Pitbull uwielbia kąpiele i prawie w ogóle nie atakuje mieszkańców ośrodka.


    Pogoda. No powiem szczerze, ze jadąc tutaj miałem cały czas przed oczami polskie morze zalane deszczem. Ni to na plaże ni to na lody. Zdejmując z siebie podejrzenia upewniam, że mowa o lodach do lizania….wrrrrrrrróć bo dalej brnę. Takie normalne, zimne co Pani robi w budce….fuck!!! No takie słodkie co można polać gęstą wanilią. Dobra stop, bo nic z tego nie będzie… Jest spoko.

    Słońce praży od rana do nocy, aż widać pierwsze oznaki opalenizny na w pełni wytatuowanym ciele Różala. To nie lada wyczyn, więc niech to rozbudzi Waszą wyobraźnię. Dupa poci się od stania, więc śmigamy w stringach. Niech się wstydzi ten co widzi. W życiu nie powiem nic złego na niepewną pogodę nad polskim morzem.


    Kończę drogi pamiętniku, gdyż idziemy z Marcinem na koncert lirycznej poezji śpiewanej. Trzymaj się, papatki, uściski, buziaczki hej.

    P.S jakby ktoś chciał to napiszę skróconą wersję: Jest spoko, treningi super, pogoda i szama też.

    P.S 2 zabierzcie mnie stąd…jeszcze jeden dzień z Różalem w pokoju i będziecie mnie odwiedzać w zakładzie psychiatrycznym.

    P.S 3 tak już serio… jest kozak. Kogo nie ma niech żałuje. Tylko mogło by przestać padać choć dwa dni.

     

    Komentarze