Juras Blog: Fit Terror

Uszanowanko jak mawia pieseł. Wiosna na szerokości zajechała do Polski, więc i żyje się lepiej, gdy słoneczko przypieka obliczę. Chyba, że ktoś postanowił zabarykadować się w domu, czy jest korpo szczurem na potęgę i słońce ostatni raz widział w wieczornych wiadomościach, gdy ładna pani wskazuje na mapę kraju, gdzie przyklejone są chmurki, deszcz, śnieg czy słoneczko. Jeszcze jakieś cyferki obok, ale to już nieistotne. Tak czy inaczej chęci do życia jakby więcej. Pięknie!

Kwiecień to taki miesiąc, gdzie słychać ostatni dzwonek na robienie formy plażowej. Leniwie zabieraliście się do wypalania zbędnych kilogramów? No to jak ktoś chce po plaży chodzić niczym David Hasselhoff w Słonecznym Patrolu mam informację… może być już kapkę za późno. Chyba, że nażrecie się ruskiej mety z miejscowego bazarku, zrobicie najważniejsze mięśnie plażowe czyli klatkę i biceps, a nogi zakryjecie dłuższymi spodenkami. Takich okazów w letnim sezonie jest, aż nadto. Taki sam plażowy krajobraz jak parawany. Tradycja polska ma wiele oblicz!

Jakby co, to ładowania w siebie tego gówna nie polecam. Po co Wam to? Aby przez miesiąc wyglądać jak pokraka z dużym bickiem? Wyrwać małolatę, która przyjechała z rodzicami na wywczas, czy zaimponować jakiemuś blond pustakowi na lokalnej dyskotece, kiedy wpadniecie niczym kowboj do saloonu obwieszeni tombakiem? Nie dla plażowych koksów!

Wracając do sedna mojego dzisiejszego bloga. Ogromnie cieszy mnie moda na zdrowy tryb życia, która od kilku lat panuje w Polsce. Względem Europy jesteśmy w czołówce ludzi aktywnych. Super. Miło ogląda się pełne siłownie, biegaczy notorycznie przemierzających swoje trasy, czy kluby sportowe, gdzie naród dźwiga, skacze, pływa, czy też walczy na potęgę. Do tego wciąż rosnąca świadomość zdrowego odżywiania. Zamieniliśmy cukier na słodzik, jasne pieczywo na ciemne i omijamy kolorowe napoje. Nie trzeba wiele, aby radykalnie poprawić jakoś swojego życia. Zdrowe ciało, dobra dieta, to lepsze samopoczucie na codzień. I więcej energii do działania. Wraz z kształtowaniem się zdrowego trybu życia, pojawili się na „rynku” FIT TERRORYŚCI. Kto to taki? Ludzie, którzy nie widzą świata poza ściśle określonym trybem funkcjonowania w sporcie. Jak dieta, to na 100%! Jeden cukierek może przecież zniweczyć cały rok pracy! Ojej na obiadku u mamy jest rosół i schabowy? Nie, dziękuje Mamo – mam swoje pudełko z kremem z brokułów i sojowego kotlecika. Budzik 05:00 nastawiony. Przecież trzeba wstać i zrobić 20 km biegu. Inaczej nie zasłużę na śniadanie. Potem praca, a po niej znowu siłownia. Drugi posiłek, trzeci i czwarty. Ziarenka ryżu policzone, waga kurczaka idealna na 154,3456678 gramów.

zarcie-laczy-nas-pasja

Przyznajcie się, że znacie takie osoby albo sami macie zadatki na taką. Przeszkadza mi taki wybór drogi życiowej i pełny ascetyzm? NIE! Oczywiście, że nie. Przeszkadza mi natomiast terroryzowanie swoim sposobem na życie otoczenia. Masz zamiar zjeść tę bułkę z serem? Białą? Z przetworzonym żółtym serem? Z glutenem? Tak, kurwa! Mam na tę bułkę ochotę i nic nikomu do tego. Nie może być tak, że ktoś kogo życiowym celem jest tarka na brzuchu, a stałym otoczeniem siłownia i sklepy z organiczną żywnością, powodował, że czujemy się winni biorąc do ust kawałek „czegoś niezdrowego”. Ostatnio miałem taką sytuację… że wypomniano mi wodę Żywiec, którą kupiłem na trening. Że to ścieki, że mało minerałów itd. Ludziiieeeeeeeee! Przecież to tylko woda! Ma gasić pragnienie i miło spływać po plecach jak potrzebuję się orzeźwić między rundami. Rozumiem jakbym polewał się Colą, a posypywał cukrem, ale to wciąż TYLKO woda…

Może to kwestia podejścia do życia, ale nie wyobrażam sobie od czasu do czasu zrobić skok w bok od diety. Nie muszę mieć idealnej definicji każdego mięśnia niczym na pokazie kulturystycznym. Ważne abym nie był zbytnio zalany. Po co mi kratka na brzuchu? Poza walorem estetycznym? Wolę mieć w płucach kondycję na dodatkowe rundy. Spalić trochę oponki, trzymać wagę. Jak mi smutno, jak mi źle… zamawiam pizzę i cieszę się. W gronie przyjaciół, którzy nie wypomną mi glutenu. Wszystko jest dla ludzi. Byle z umiarem i rozsądkiem. Większość z nas prowadzi zdrowy tryb życia, patrzy na to co je, bawi się treningiem, chce być fit, ale przychodzą takie momenty, że trzeba sobie dogodzić lodami czy tłustym hamburgerem. Tak, aby głowa i ciało odpoczęło od kieratu. Ja tak mam i przyznaję się, że tydzień bez cheat meal’a czy piwka/whisky, to tydzień stracony. W tygodniu o dietę dba Body Chief, więc mam troszeczkę luzu w tym temacie, ale weekend? Gdzie się zatrzymam, tam zjem. Kawa i M&Msy, to zestaw obowiązkowy na każdą trasę samochodem… a że podróżuję dużo? Dbajmy o siebie, zmieniajmy nawyki żywieniowe, ale na litość… nie dajmy się zwariować. Sportowym tryb życia tak. Fit Terror nie 🙂

Na koniec klasykiem „napchałeś sobie głowę głupotami o żabkach, a teraz na siłę próbujesz zainteresować tym innych”. Wiecie jak skończył Pan Żabka 😉

Miłego czwartku! Ja dziś basen i zdrowe jedzenie. Jutro w trasę do Torunia na galę XCage. Wiecie co to znaczy 🙂

Komentarze