Juras Blog: Alternatywna rzeczywistość

    19 marca 2011 po raz ostatni stałem w ringu KSW. Późny sobotni wieczór, wypełniony kibicami warszawski Torwar i to czekanie na nieuniknione. Za chwilę oficjalna decyzja sędziów punktowych, ale z góry wiem, że ten pojedynek przegrałem.  Pierwsza myśl po końcowym gongu… kurwa. Dałem dupy po całości i choć przygotowania do walki z Tonim Valtonenem kosztowały mnie sporo zdrowia i poświęcenia, to czułem się w ringu znakomicie. Niestety nie zrobiłem wystarczająco dużo, aby zwyciężyć. Kiedy Waldek Kasta przeczytał nazwisko mojego rywala jako zwycięzcę pojedynku, zrobiło mi się smutno. Nie dlatego, że przegrałem ale dlatego, że wiedziałem co nieuniknione…

    Kilka lat temu po serii trzech porażek z rzędu powiedziałem sam sobie, że bez względu na ilość zwycięstw i miejsca w rozwoju kariery, dziesiąta porażka kończy ją definitywnie. Nie powiedziałem tego nikomu. Nawet najbliższym. To była taka moja rzecz. Kiedy nadszedł ten moment, wtedy pięć lat temu, gardło zacisnęło się, a w głowie setka scenariuszy. Nikt nie wie przecież, może lepiej nic nie mówić? Kocham to co robię, lubię walczyć. Nieeeeeee niestety nie potrafię oszukać sam siebie. Moja lekko nieprzystająca do współczesnych czasów moralność nakazała być szczerym wobec siebie. Pożegnałem się z kibicami zgromadzonymi na trybunach dostając owację na stojąco… jeden z najpiękniejszych momentów mojej kariery. Wiedziałem, że dobrze zrobiłem i choć żal pozostał do dziś, że brakuje tej adrenaliny, cyklu przygotowań to byłem fair wobec siebie. Co miałem zrobić w MMA to zrobiłem. W myśl zasady która determinuje moje życie „żałuj tylko to czego nie zrobiłeś”. Czasami zastanawiam się jednak co by było, jakbym wtedy ściemnił sam przed sobą… tak to widzę.

    **********************************

    Jednogłośnie na punkty zwyciężaaaaa Toniiiiii Valtoooooonen – wykrzyczał Kasta, ring announcer dzisiejszej gali. Ech dałem dupy. Można było to wygrać, ale za silny fizycznie był dla mnie. Może zatem czas zacząć więcej dźwigać? Dobra nie ma co. Przegrałem trzeba przemyśleć to wszystko na spokojnie. Chcę juz zejść z ringu i pójść do szatni wziąć prysznic. Bez kontuzji i rozcięć na szczęście, to na luzie pojadę do studia Orange Sport, bo od 02.00 zaczynamy transmisję UFC. Tak umówiłem się z Andrzejem Janiszem, że jak będę zdrowy to normalnie jadę do studia i komentujemy. Hmmmm, zastanawiam się czy na dzisiejszą formę miało wpływ to ostatnie zarywanie nocy, kiedy w ciągu dnia trzeba było ciężko trenować, zajmować się dzieckiem, zrobić jakąś małą pracę, a wieczorami i nocami nagrywać kolejne sezony Bellatora dla TV4. Było minęło. Walkę przegrałem i choć najchętniej pojechałbym teraz na after napić się wódki, to jadę do Orange. W sumie nie ma czego świętować a UFC samo się nie skomentuje.

    Niedziela 20.03.2011

    Cztery kawy i dwa energetyki średnio rozbudziły mnie podczas transmisji, a ilość przyjętej kofeiny przez noc powoduje, że teraz, siedząc w samochodzie i zapinając pasy cały się trzęsę. Trochę z zimna, trochę z przedawkowania kofeiny, a jeszcze trochę targany emocjami z walki z przed kilku godzin. Chcę już do domu, położyć się i chwilę przespać. Wieczorem na bank odpalam Jacka Danielsa i mam wszystko w dupie. Jest siódma rano, padnięty na maksa, a wiem, że już tego nie odeśpię, gdyż moja córeczka na bank mnie obudzi płaczem. Zapowiada się kolejny dzień trolla. Nic nowego w niedzielę.

    Poniedziałek 21.03.2011

    Jest czas poczytać trochę w necie jaki to Juras leszcz, bla bla bla. Miałem to zrobić wieczorem do drinka, ale odcięło mnie zaraz po Lidze+Extra. Dziecko jeszcze śpi, jajecznica, trochę bolą kości i mięśnie po weekendzie. Coś tam nawet przyjąłem w tej walce. Kawa i jedziemy. Maile. Jeden z nich od Moosin, organizacji dla której toczyłem już bój całkiem niedawno. Zresztą z sukcesem. Robią kolejną galę w USA i chcą mnie ponownie. Tak jest – krzyknąłem, aż obudziłem moją Julkę. Dobra ogarnę ją szybko, podrzucę zabawki i poodpisuję. Wchodzę w to jak zły. Walka ma być za trzy miesiące. Idealny czas na przygotowanie. Nakręcony energią i motywacją najchętniej już teraz poszedłbym na trening, ale wiem, że z rozsądku trzeba zrobić okres roztrenowania. Dobra. Tydzień relaksu od sportu i wracam robić formę na Moosin.

    Sobota 7.05. 2011

    Ponownie wypełniona po brzegi hala w Worcester, Massachusetss, kolejna walka i kolejne efektowne zwycięstwo. To się nazywa powrót po porażce. Druga walka wygrana w Stanach Zjednoczonych i druga przed czasem po efektownym latającym kolanie. Oby znowu wpadł bonusik za kozackie KO. Radość, wywiady z amerykańską prasą i można się przebierać, aby zasiąść już na spokojnie z Bud’em w ręce i pooglądać resztę walk. Na after nie jadę. Wolę ten czas spędzić ze znajomymi, których nie widziałem trochę. Już My zrobimy sobie porządnego grilla!

    Sobota 14.05.2011

    Wylądowałem w Polsce. Fajnie, że na lotnisko przyszło kilku znajomych przybić piątkę. Jest nawet kilka kamer, więc trzeba będzie poświęcić trochę czasu na wywiady. Fajnie. Lubię ten cały szum po wygranych pojedynkach. Pytanie główne: „kiedy kolejny raz lecę wojować za ocean”? Oby jak najszybciej mówię, tym bardziej, że już kilku amerykańskich dziennikarzy widziało by mnie w UFC. Ha! – myślałem wtedy. Zejdźmy na ziemię. Jeszcze trochę na taki kontrakt musiałbym zapracować. Poza tym jestem zawodnikiem KSW, a kontrakt z UFC eliminowałby starty w Polsce.

    Poniedziałek 16.05.2011

    Już miałem kłaść się spać, kiedy zadzwonił do mnie telefon. Kto dzwoni o północy cholera?! Dopiero co wróciłem z prowadzenia zajęć w warszawskiej Copacabanie. Chcę odpocząć. Jutro mam kupę roboty. Numer ewidentnie zdradza, że dzwoni ktoś z USA. No tak. U nich środek dnia… rozmowa była krótka, a jej puenta jeszcze krótsza… Yes!

    Marzenia się spełniają. Kiedy w 1998 oglądałem pierwsze gale UFC, nagrane na zdartej już kasecie VHS bałem się nawet powiedzieć głośno, że mogę kiedyś dla nich zawalczyć. Stało się. Dostaję kontrakt na trzy walki. Dadzą mi szansę. Chciałem krzyczeć, biegać, skakać po ścianach ze szczęścia, ale dziecko juz spało i nie chciałem robić problemów. Szybko napisałem milion sms-ów do przyjaciół, że marzenia właśnie zaczynają się spełniać. Euforia! Już widzę oczami wyobraźni jak po zwycięstwie wskakuje na siatkę oktagonu, a publiczność w Las Vegas łamie sobie język próbując skandować moje nazwisko… Już czuję poklepywanie po plecach przez Andersona Silvę czy St Pierra… Dana White wręcza na zapleczu czek za Nokaut Wieczoru… 50 tysięcy dolarów! Takie pieniądze. Jestem królem świataaaaaaaaaaaaaaaaaa.

    Ała! Co jest do cholery. Skacząc po siatce uderzyłem się po żebrach, czy to jeszcze ból z walki? Błysk, rozmazany obraz publiczności… ciasno w głowę. Rozglądam się zatem ze wzmożoną czujnością. Co jest do cholery?! Andrzej Janisz patrzy na mnie złowrogo, a Jego łokieć wciąż pozostaje wycelowany w moje żebra. Skandująca publiczność? Tak. Ale dla Jona Jonesa, który właśnie zdemolował Shoguna Rue i został mistrzem UFC. Błysk monitora i lekko przyciasne słuchawki komentatorskie szybko przypomniały co się właśnie stało. Zasnąłem podczas transmisji UFC 128… Ech. Szkoda, że mnie obudzili. Dobra. Koniec gali czas się żegnać i wrócić do domu odpocząć. Sobotnia noc i przegrana na KSW z Valtonenem, ogłoszenie zakończenia kariery i jeszcze 5h roboty komentatorskiej, to dla mnie za dużo. Odpocznę w końcu, a w poniedziałek wstanę i pomyślę nad tym co dalej… Ale najpierw… zrobię sobie porządnego drinka. Zasłużyłem.

    Komentarze