Jestem kibicem sportowym – czy mam już problem?

    Nałóg zaczyna się niewinnie. W młodości oglądamy jakieś wydarzenie sportowe za sprawą ojca, starszego brata albo kolegów. Potem przychodzimy do szkoły i trzeba przecież o czymś rozmawiać z przyjaciółmi. Świerszczyki – świerszczykami, ale sport to jeden z głównych tematów rozmów między kumplami w podstawówce. Mamy już pewnie ulubioną drużynę, albo co gorsza kilka, nie daj boże zafascynowała nas jakaś walka bokserska albo mecz tenisa i lista naszych sportów się zapełnia. Na początku nie dostrzegamy problemu, przecież tata, starszy brat z kolegami mają tak samo czyli, że to normalne. Co w tym złego, że każdy weekend kojarzy nam się z jednym? Przecież nie jesteśmy sami. Potem zaczynamy powoli zawalać nasze obowiązki w tygodniu (europejskie puchary, a jak jeszcze wypadnie ekstraklasa albo puchar Polski to masakra), do szkoły czy pracy przychodzimy nie w pełni formy. Z czasem dochodzą kolejne dyscypliny, czasu dla najbliższych nie ma już prawie w ogóle. Wszyscy widzą, że mamy już problem, ale my tego nie dostrzegamy. „Przecież nie kradnę i nie zabijam, o co wam chodzi” – myślimy sobie, że świat się na nas uwziął.

    Co robić w takiej sytuacji? Z czego zrezygnować, jak niebezpieczeństwo czyha praktycznie na każdym kroku? Nie mamy dostępu do telewizora, to obejrzymy wszystko na komputerze. Komp się zepsuł, mówi się trudno, przecież można użyć też komórki. Z tym nałogiem nie mamy szans. No chyba, że zmienimy całkowicie swoje środowisko. Olejemy starych kumpli i znajdziemy sobie znajomych, których jara najnowsza kolekcja Macieja Zienia albo fryzura Ewy Minge. Musimy unikać niebezpiecznych miejsc, czyli zapominamy o stadionach, knajpach i domach w których jest prąd. Możemy też spróbować uzależnić się od gier komputerowych, przecież rasowi gracze nie mają czasu, aby śledzić czy Real ograł Levante. Jednak to może nie być najlepsze rozwiązanie, żeby jeden nałóg zwalczać kolejnym. To tak jakby rzucić wódkę i przejść na kokainę. Niby też będzie fajnie, ale problemu to nie rozwiąże. Pozostaje chyba zostać pustelnikiem, zamieszkać w jakieś ziemiance z dala od wyników meczów.

    A tak bardziej na poważnie, to z jednej strony super, że mamy pasję w życiu. Czy tego jednak nie jest za wiele? Przedstawię to na swoim przykładzie. Co mnie interesuje: piłka nożna (ekstraklasa, mecze kadry, europejskie puchary, najlepsze ligi zagraniczne), boks zawodowy (średnio 2-3 gale w miesiącu), mma (podobnie jak w boksie), skoki narciarskie (każdy konkurs), żużel (zawody grand prix, co 2-3 tygodnie), siatkówka, piłka ręczna i hokej (jak gra reprezentacja w ważnym turnieju), a dodatkowo oczywiście zerknę na Igrzyska, na Radwańską, na Justynę Kowalczyk itd. Powiedzcie mi, kiedy znaleźć czas, żeby spotkać się z grupą dawno niewidzianym przyjaciół? Dostałem ostatnio zaproszenie na ślub od bliskiego kumpla. Data: 28 maja. Myślę sobie super, przyjdę! Przecież to dzień po KSW 35. Jednak po chwili moja mina blednie i już wiem, że będzie kłopot. Po pierwsze finał Ligi Mistrzów, a po drugie gala boksu zawodowego w Szczecinie z walką Diablo na czele. A to tylko pierwsze skojarzenia, zostały jeszcze przecież prawie 4 tygodnie. Czy wy też tak macie? Wydarzenia sportowe zaczynają wam przeszkadzać w kontaktach z bliskimi? Co gorsze, to pod kalendarz kibicowski ustawiacie spotkanie z rodziną albo randkę z dziewczyną? No właśnie. Jaka kobieta to wytrzyma? Nie chcemy przecież żeby nasza kobieta była gruba i z wąsikiem i wystarczało jej to, że znajdziemy dla niej czas 2 godziny w tygodniu.

    Czy jest jeszcze jakaś nadzieja na uzdrowienie? Właśnie zdałem sobie sprawę, że mam już za sobą pierwsze grupowe spotkanie i opowiedziałem wam o swoich problemach. Teraz droga grupo daj mi kilka rad. Czekam na pomoc. Od razu jednak zaznaczam, że do ziemianki się nie wybieram bo… już za parę godzin  finał Pucharu Polski!!!

    Komentarze