Halowe mistrzostwa świata w lekkoatletyce: Kotlety, kula znikąd i pół brody

    Ostatnie dni marca roku 2016. W Portland odbywają się halowe mistrzostwa świata w lekkoatletyce. Dominacja amerykanów jest bezsprzeczna. Zdobywają medale w ilościach hurtowych, gdzie chcą i jak chcą. Po wszystkich konkurencjach mają trzynaście medali złotych, sześć srebrnych i cztery brązowe. Razem to oszałamiające 23 krążki… Tak, oni są najlepsi. Nie tylko sportowo. Pomysł na to, aby mistrzostwa odbyły się w niewielkiej, jak na rangę imprezy, Oregon Convention Center, był znakomity. Nie tylko dlatego, że trybuny cały czas wypełnione były do ostatniego miejsca. Codziennie dopingowało sportowców 6-7 tysięcy kibiców. Nie ma nic smutniejszego, od hulającego na pustych trybunach wiatru, co na podobnych imprezach czasami się zdarzało (proszę nie pytać skąd wiatr na hali…). Gabaryty areny zmagań pozwalały na to, aby publika była jak najbliżej sportowców. Kiedy kibic siedział na trybunach mógł paść ofiarą złudzenia, że jeśli wyciągnie rękę, to dotknie startujących zawodników. Takie złudzenie to jest to! Prawdziwy teatr lekkoatletyczny. A propos ilości kibiców, doskonałą robotę wykonali zawiadujący marketingiem. Całe Portland żyło mistrzostwami, tworząc niezwykłą, świąteczną atmosferę. Występy zespołów muzycznych i różnego rodzaju imprezy towarzyszące były świetną zachętą dla mieszkańców, aby udali się na halę. A tam działo się naprawdę dużo.

    Były cudowne konkursy skoku o tyczce Pań i Panów. Celebrowano je w sposób szczególny, bo poświęcono tej dyscyplinie cały pierwszy dzień zawodów. Trzeba przyznać, że było warto. Francuz Lavillenie skakał jak konik polny i ustanowił rekord halowych mistrzostw świata (6,02 m). Konkurs podniósł ciśnienie publice nieprawdopodobnie. Były, dla nas najważniejsze, medale Polaków. Był „atak” amerykanki Kendell Williams na niczego nie podejrzewającego fotoreportera. Niech podziękuje swojemu aniołowi stróżowi za to, że kula nie urwała mu głowy i wylądowała na stopie. Szalony Gianmarco Tamberi w połowicznie ogolonym zaroście wygrał konkurs skoku wzwyż, tłumacząc później, że dzięki temu iż ma jedną część twarzy ogoloną dziennikarze mogli zobaczyć jak się czerwieni z przejęcia zwycięstwem. Był bieg na 800 metrów, który wygrał niesamowity Boris Berian. Człowiek który jeszcze w roku 2012 pracował w McDonaldzie smażąc cieniutkie burgery. Na zawody jeździł za własne pieniądze i pewnie  tytuł mistrza świata byłby dla niego tylko chorą fantasmagorią, gdyby nie trafił do grupy treningowej Big Bear Track Club.

    Niektórzy mówią że halowe mistrzostwa świata były „wciśnięte” w kalendarz na siłę. Przecież za pasem Igrzyska Olimpijskie w Rio. Z tego też względu, wielu sportowców odpuściło sobie start w tej imprezie. Wiem, że z całą pewnością spowodowało to obniżenie poziomu rywalizacji. Ale nie schłodziło emocji i zaangażowania zawodników oraz publiczności. Dlatego mówię do wszystkich sceptyków: piknie  tam było Panocki, piknie!

    Komentarze