Giro d’Italia 2016: Ekstremalny Majka

    Kiedy oglądam, skacząc po kanałach telewizyjnych, różnorakie dyscypliny sportowe zdecydowanie najwięcej jest tych, które należą do najmodniejszej ostatnimi czasy rodziny sportów ekstremalnych. Przelatują mi przed oczami przystojni młodsi i starsi chłopcy w swych super nowoczesnych, oddychających wszystkim, czym tylko można strojach. Szeroko pokazują swoje piękne, równiutkie, białe uzębienie z pasją opowiadając o szalonych wyczynach. Lansują na potęgę swój alternatywny sposób na życie, rysując w umysłach młodych widzów różnorakie pseudo filozofie. Spadają więc z niesłychanych wysokości, rozkładają ultra kombinezony śmigając między alpejskimi szczytami, pokonują szaleńcze fale lub prują na mega rowerach po niedostępnych przełęczach.

    Na mnie, jako, ze smutkiem muszę to stwierdzić, starszego obserwatora sportów różnorakich, tego rodzaju aktywności nie robią tak wielkiego wrażenia. Bo czym w swej ekstremalnej naturze różnią się od siebie skysurfing czy wakeboarding od żużla na przykład? Jak zmierzyć ryzyko związane z tą czy inną dyscypliną?

    Z wrodzonej ciekawości zacząłem przeglądać spisy dyscyplin zwanych ekstremalnymi. Są tam przeróżne, często wydaje się nonsensowne aktywności sportowe. Jednak nigdzie nie znalazłem sprawy tak powszechnej i lubianej jak kolarstwo szosowe. Nie wiem, czemu nie znalazło się ono na którymś ze spisów. Wystarczy wpisać sobie na You Tube nazwę któregoś z wyścigów, aby w pełni poprzeć moje wątpliwości. Nie chodzi tylko o kraksy, wypadki i inne zdarzenia losowe spotykane na trasach. 

    Jednym z najważniejszych wydarzeń dla kolarskiego świata jest w tej chwili odbywający się wyścig Giro d’Italia. Od 1909 roku, z przerwami w trakcie dwóch wojen światowych, co roku najlepsi z najlepszych zajeżdżają swe organizmy i rowery w wyścigu dokoła Włoch. Rok 2016 to 3.883 kilometry tras do pokonania, 21 etapów i prawie 200 zgłoszonych zawodników. Kapryśna pogoda (zwłaszcza podczas etapów w Holandii), szutrowe drogi, niebezpieczne sprinty i wściekle męczące etapy górskie. Czy to wszystko nie powinno świadczyć najdobitniej jak tylko można sobie wyobrazić, o ekstremalności tego wyścigu?

    Ten rok jest dla kibiców z Polski szczególny. Naszym zwyczajem napompowaliśmy balonik, na którym złotymi literami wypisane było Rafał Majka. Znowu dziennikarze podkręcali śrubę z oczekiwaniami zamiast czekać cierpliwie na wynik. Po wtorkowym, 16 etapie nasz zawodnik jest 6 w klasyfikacji generalnej. Nie dość, że trudy wyścigu dają się mu potężnie we znaki, to jeszcze cały czas odczuwa presję związaną ze startem. Mówi o tym sam zainteresowany. Czy to dobrze Panie i Panowie? Gratuluję mu woli walki i żelaznego zdrowia. Wczoraj zaraz po wyścigu powiedział, że nie pamięta tak trudnego etapu w swojej karierze. To, co działo się na trasie nazwał po prostu rzeźnią. Jednak nadal wierzy w to, że osiągnie wynik, co najmniej tak dobry jak w zeszłorocznym Vuelta a España. Z tego miejsca pragnę zaapelować do kibiców i dziennikarzy, pomóżmy Majce nie ciągłym gadaniem o tym, że wciąż traci do lidera ponad pięć i pół minuty, a dopingiem wypływającym z głębokości serca. Dopingiem gorącym i szczerym, bez względu na to, czy dogoni prowadzących Kruijswijka czy Chaveza! Przed nami jeszcze pięć morderczych etapów, a Rafał Majka będzie moim bohaterem bez względu na którym miejscu zamelduje się w niedzielę w Turynie.            

    Komentarze