Euro 2016: Polska-Ukraina, czyli ogólnopolskie uffffff…

    Wpadłem do domu z impetem kuli armatniej. Po drodze z pośpiechu mało brakowało, a połamałbym sobie nogi. “Tak, to zwyczajny syndrom przedmeczowy“, tłumaczyłem sobie. Parę minut do 18 jeszcze zostało, a we mnie się gotowało. Kipiało w czaszce, jak w wielkim kotle parowym. Bardzo konkretnym kotle.

    Niedawno przypomniałem sobie słynną książkę Stephena Kinga, „Lśnienie” i kiedy we mnie wrzało, zrozumiałem, że jeśli nie zaczną grać już, natychmiast, to wybuchnę jak ów kocioł z powieści, który rozniósł w strzępy nawiedzony hotel „Panorama”.

    Wybiła 18:00. Stadion zdominowany przez polskich kibiców, którzy zajęli chyba ¾ miejsc na trybunach. “Gramy u siebie, Polacy gramy u siebie!”, niosło się echem. Fantastyczna atmosfera!

    Teraz trzeba szybko pyknąć bramkę i złamać resztki woli walki Ukraińców.

    Ledwo trochę ciśnienie mi opadło, a już Milik melduje się przed bramkarzem Piatovem. Mógł zrobić wszystko, podbić piłkę, jak Ramsey w meczu z Rosją, rąbnąć w okienko albo kropnąć w długi róg… Strzelił prosto w bramkarza. Za długo zbierał się do uderzenia, niewątpliwa gracja, z jaką się poruszał była jednak zbyt anemiczna. Arku, Areczku, proszę, błagam – więcej agresji i siły…

    Nic to, bo już się rehabilituje i cudownie zagrywa do Lewandowskiego, który w skandaliczny sposób pudłuje.

    Gdzie są te nasze armaty? Zwiędły? Celowniki się zwichrowały? “O co chodzi?” pytam siebie, opadając po wyskoku na fotel.

    No, a potem się zaczęło. Ukraińcy zdominowali nas w środku pola, jak ta lala. Wygrywają każdą piłkę, którą obrońcy nasi kierują do pomocy lub ataku. Skrzydła nie chodzą, nie wałkują, nie kłują. Za to Andrij Jarmołenko i Konopljanka raz po raz, jak uparte osły wbijają się pod naszą bramkę.

    Młody Zinczenko próbuje każdego sposobu, aby nam huknąć bramkę. Oj nie wygląda to dobrze, więcej, wygląda to fatalnie. Całe szczęście, że mamy „Piranię Pazdana”! Szczęście, że wieżowiec Glik haruje za dwóch…

    glik750

    Tak to wszystko się toczy, a ja mało nie dostaję fiksum dyrdum. Głowa mi płonie, serce rąbie w klatce piersiowej jak dzikie zwierzę, które chce z tej klatki wyskoczyć! W końcu wchodzi Błaszczykowski, jest już druga połowa. Ukraińcy gniotą nas jak kapustę do kiszenia.

    Wydaje się, że nic nas nie uchroni, w końcu palną celnie i przegramy. Nadchodzi 54. minuta, mamy rzut rożny. Milik pięknie zagrywa do Kuby, który przekłada sobie obrońców i mocno, siarczyście uderza na bramkę… Ryk, wrzask, taniec świętego Wita… Jeden zero dla Polski!!!

    kuba750

    To są już nadkruszeni, teraz pójdzie gładko i cudownie. Ale nie, Ukraińcy kąsają, szarpią, atakują. Jeszcze Kapustka może strzelić, głowa jednak młoda, gorąca. Nie trafia. Pod naszą bramką się kotłuje, obrona Częstochowy i wreszcie koniec!

    Opadam na fotel bez sił. Mokry od potu jakbym grał z nimi. Nic, takie mecze też trzeba wygrywać. Nawet, jeśli przeciwnik panuje całkowicie na boisku! Nawet, jeśli ma statystyczną przewagę w każdym prawie elemencie gry.

    Mamy 7 punktów, bójcie się Szwajcarzy, nadchodzimy!

    Komentarze