Euro 2016: Pamiętniki z wakacji – Nicea!

    Jak przystało na prawdziwego kibica piłkarskiego, a przede wszystkim oddanego fana polskiej piłki, zarówno tej ligowej jak i reprezentacyjnej, nie mogło zabraknąć mnie we Francji, aby z orzełkiem na piersi dopingować naszym Orłom Nawałki.

    Byłem z nimi kiedy Mistrzostwa Europy odbywały się w Polsce, miałem wątpliwą przyjemność oglądania meczu z Austrią w Wiedniu w 2008 roku, dlaczego więc miałbym odpuścić francuski turniej, zwłaszcza kiedy pojawiła się perspektywa spędzenia kilku dni na Lazurowym Wybrzeżu.

    Po takim wyjeździe, po którym powrót szarej do rzeczywistości wydawał się niemożliwy i zajął kilka dobrych dni, jestem gotowy podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami z francuskiej ziemi.

    Sam wyjazd był typową samochodową wycieczką kilku kumpli, którzy postanowili pobawić się na Lazurowym Wybrzeżu, a kulminacyjnym punktem było spotkanie Polska – Ukraina w Marsylii. Co się dzieje w Vegas, zostaje w Vegas, zasada ta działa również w przypadku mojej francuskiej wyprawy, ale w tym tekście odniosę się do naszych największych obaw, które stale pojawiały się w przedwyjazdowych rozmowach.

    Chodziło mianowicie o bezpieczeństwo. Ktoś powie, że bać się to wstyd, ale kiedy masz żonę i dzieci, to temat ten musi pojawiać się bez przerwy.

    Zwłaszcza kiedy od początku Euro dochodziły do nas informacje o zadymach w Marsylii i Nicei pomiędzy kibolami z Anglii i Rosji czy atakach miejscowych kibiców w Nicei. Temat terroryzmu i zagrożenia zamachem zszedł na drugi plan i przyznam szczerze, obawialiśmy się, że przypadkiem znajdziemy się w centrum jakichś kibolskich burd.

    epa05357655 English supporters at the Old Port of Marseille, France, 11 June 2016, before the UEFA EURO 2016 group B preliminary round match between England and Russia.  EPA/DANIEL DAL ZENNARO  Dostawca: PAP/EPA.

    W Nicei, w której zatrzymaliśmy się na kilka dni przed meczem, nie było akurat rozgrywane żadne spotkanie, nie znaczy to jednak, że brakowało kibiców. Wręcz przeciwnie, możliwość wylegiwania się na plaży i stosunkowo niewielka odległość choćby nawet do Marsylii, sprawiły, że była ona bazą wypadową dla fanów wielu reprezentacji.

    Jako, że w fazie grupowej mecze rozgrywane były po kilka dziennie, nie mogliśmy odpuścić choćby jednego, a gdzie najlepiej poczuć piłkarski klimat jeśli nie w miejscowych barach, które były dużo bardziej oblegane niż fan zone?!

    Wieczorem uliczki z knajpami zapełniały się grupkami ubranymi w barwy narodowej drużyny, większość z nich celebrowała przejście przez miasto śpiewem i chóralnymi okrzykami.

    Największe wrażenie zrobiła na nas atmosfera podczas meczu gospodarzy z naszym późniejszym rywalem, Szwajcarami, który to mecz oglądaliśmy w jednym z popularniejszych lokali, stylizowanym na irlandzki pub.

    Lokal zapełniony ludźmi, każdy z kuflem piwa w ręku. Przed nami kilkudziesięciu Francuzów, za nami duża grupa Szwedów, obok Irlandczycy z północy wspólnie bawiący się z tymi z południa. Gdzieniegdzie Belgowie i Anglicy. I ani śladu jakiejkolwiek wrogości, opisać atmosferę słowami graniczy z niemożliwym.

    Doping trwający aż do ostatniego gwizdka, nakręcany o dziwo przez Irlandczyków – ich repertuar pieśni kibicowskich robi wrażenie. A kiedy na boisku pojawił się Dimitri Payet zaintonowali w swoim stylu Payet on fire, co spodobało się Francuzom i od tamtej pory wszyscy w lokalu kibicowali już wspólnie.

    Po końcowym gwizdku wszyscy wylegli na ulicę i kiedy kibice Irlandii dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski poprosili o nauczenie ich jakiejś polskiej piosenki. Kolega żartowniś podrzucił jakiś tekst disco polo i po kilku minutach cała ulica śpiewała jeden z przebojów zespołu Weekend – niesamowity widok!

    750irlanida

    Dwóch Belgów podeszło do nas z piwami i zachwalali nasz kraj pokazując w telefonie zdjęcia z Sarkim zrobione po meczu na stadionie krakowskiej Wisły. Kiedy inni pytali nas skąd przyjechaliśmy, na hasło „Polska” zawsze padała ta sama odpowiedź – „Lewandowski”.

    Nawet kibice angielscy, którzy bawili się w swoich kręgach, byli nieszkodliwi i jakby nie zwracali uwagi na resztę świata. Na żadnym meczu nie zauważyliśmy nawet pół „krzywego spojrzenia” w naszą stronę, wręcz przeciwnie – każde spotkanie było okazją do wspólnej zabawy.

    Obawy przed wyjazdem, mimo iż były uzasadnione, na szczęście nie sprawdziły się. Może mieliśmy szczęście, może nastroje trochę się uspokoiły po karach nałożonych na Rosję, a może po prostu cała afera z rozróbami wśród kiboli była niepotrzebnie rozdmuchiwana przez media i tylko odstraszała ludzi od przyjazdu do Francji.

    Niezależnie od tego wyjazd na Euro we Francji utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że piłka nożna łączy kibiców wszystkich krajów, a nie dzieli!

     

    Komentarze