Euro 2016: Nie tylko Bale, Czerwone Diabły jadą do domu

    Znamy pierwszą parę półfinalistów Mistrzostw Europy we Francji. Kiedy większość kibiców, przynajmniej w naszym kraju, typowała, że będzie to pojedynek Roberta Lewandowskiego i spółki z reprezentacją Belgii, los zażartował zarówno z nas, jak i z Belgów. Nasi piłkarze polegli z Portugalią, a Czerwone Diabły zostały odesłane do domu przez Walijczyków.

    Niespodzianka? Może jest to zbyt duże słowo, ale na pewno spore zaskoczenie. Belgowie przed rozpoczęciem turnieju typowani byli jako jeden z kandydatów do zwycięstwa w całym czempionacie, po zakończeniu fazy grupowej, podobnie jak Polacy, mogli z ulgą odetchnąć, bo trafili do łatwiejszej części drabinki, unikając w ewentualnej drodze do finału Niemców, Włochów, Hiszpanów czy Francuzów. Pozostało tylko wziąć na barki rolę faworyta i wygrywać.

    walia-belgia-laczy-nas-pasja-1

    Poprzednia runda nastrajała optymistycznie. Walia niemiłosiernie męczyła się z Irlandią Północną, wygrywając 1:0 dopiero po golu samobójczym Irlandczyków w siedemdziesiątej piątej minucie, natomiast Belgia wbiła aż cztery bramki Węgrom i pewnie awansowała dalej.

    Przed wczorajszym spotkaniem faworyt mógł być więc tylko jeden, zwłaszcza kiedy naprzeciwko Garetha Bale’a, lidera Walijczyków, stawiano cała galaktykę belgijskich gwiazdek – de Bruyne, Hazarda, Lukaku, Carrasco czy Courtoisa.

    Mistrzostwa te po raz jednak kolejny pokazały, że liczy się kolektyw i podobnie jak w pierwszym meczu Belgów do pionu postawili Włosi, tak wczoraj zrobili to Walijczycy.


    Nic nie zapowiadało klęski, jakiej mieli posmakować podopieczni Wilmotsa. Od pierwszych minut niemiłosiernie przycisnęli speszonych nieco wyspiarzy, a swoja przewagę udokumentowali w końcu golem po atomowej bombie Nainggolana.

    Prowadzenie od trzynastej minuty zapowiadało, że Belgowie urządzą Walii „Węgry” i skończy się pogromem. Nadzieją dla zawodników Colemana mogły być ewentualnie błyski geniuszu ich najlepszego strzelca, Bale’a, ale piłkarscy bogowie mieli przygotowany zupełnie inny scenariusz na to spotkanie.

    Walia dalej grała w swoim stylu, prostym i do bólu skutecznym – twardo w obronie, licząc na stałe fragmenty. I jeden z nich w końcu przyniósł efekty, rzut rożny w wykonaniu Ramsey’a, główka Williamsa i znowu remis.

    Bramka ta tak zaskoczyła Belgów, że kompletnie stracili chęć gry. Niby atakowali, ale były to próby nieporadne. Kiedy w drugiej połowie czekaliśmy na jakieś fajerwerki ze strony belgijskich gwiazd, te pokazał nam w polu karnym przeciwnika Robson-Kanu. Po kolejnym dograniu Ramsey’a w pole karne, przejął piłkę i kompletnie ośmieszył mających wokół siebie obrońców. Na metrze wymanewrował dwóch przeciwników, zrobił sobie mnóstwo miejsca na oddanie strzału i było już 2:1 dla Walii.

    walia-belgia-laczy-nas-pasja-2

    Szykowała nam się emocjonująca końcówka, zakończona albo niespodziewanym triumfem skazywanej na porażkę Walii, albo spektakularną pogonią Czerwonych Diabłów. Ci rzucili się do odrabiania strat, zamykając przeciwnika na własnej połowie, ale ich ataki były kompletnie bezproduktywne i nie mogły zrobić rywalowi krzywdy. Mało tego, od czasu do czasu próbował on wyjść z kontrą i jedna z nich okazała się zabójcza. Wpuszczony przez trenera na boisko w osiemdziesiątej minucie za strzelca drugiej bramki Vokes dobił Belgów strzałem głową i było już 3:1.

    Można odpaść z takiej imprezy na kilka sposobów, jak Polacy czy Węgrzy, z honorem, po ładnej grze, można jak Anglia czy Belgia, będąc faworytem i kompletnie dając ciała.

    Walijczycy udowodnili dziś, że tworzą zgrana ekipę, a o ich sile stanowi nie tylko Bale i potrafią wygrywać nawet bez jego bramek. Belgia wraca do domu i powinna zastanowić się co dalej, jak z tej grupy indywidualności zrobić zespół godny wygrywania najważniejszych imprez. A w środę półfinał Portugalia – Walia. Dacie wiarę?

    Komentarze