El. MŚ w Rosji: Lewy – władca spalonego królestwa

    To był thriller z gatunku tych najlepszych. Główny bohater zmaga się z przeciwnościami losu, jest bliski klęski i kiedy wydaje się, że wszystko stracone, on nagle wstaje z kolan i niesamowitą siłą woli przechyla szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Oglądając spotkanie Polski z Armenią mieliśmy wrażenie, że scenariusz meczu ktoś żywcem skopiował z filmu Rocky.

    Bo nie oszukujmy się, byliśmy już na deskach. Kiedy w doliczonym czasie gry Ormianin nie wykorzystał setki, to zaczęliśmy się cieszyć z remisu. Dramaturgia tego spotkania i zwycięska bramka tuż przed ostatnim gwizdkiem pewnie by nas ucieszyła, gdyby nie to, że rywalem była Armenia. Zespół, delikatnie mówiąc, mało klasowy.

    Z wyniku 2:1 nie da się wyciągnąć żadnego pozytywnego wniosku poza jednym – mamy trzy punkty. W pomeczowym wywiadzie Kamil Grosicki powiedział, że liczy się zwycięstwo a o stylu prędzej czy później wszyscy zapomną. Panie Kamilu, niestety nie ma takiej opcji! To spotkanie będzie jeszcze długo śniło się kibicom po nocach, bo był to chyba najsłabszy mecz kadry pod wodzą Adama Nawałki.

    Kibice oczekiwali kanonady. Na Stadionie Narodowym podejmowaliśmy Armenię, zespół słaby, z którym ćwierćfinalista Mistrzostw Europy powinien poradzić sobie na Joachima Loewa – czyli z palcem w … nosie! Zajmowali ostatnie miejsce w naszej grupie, a od trzydziestej minuty grali w dziesiątkę. W teorii łatwiej być nie mogło. Nawet zdziesiątkowana linia obrony i brak Milika nie wydawał się problemem.

    Tymczasem najpierw straciliśmy Jędrzejczyka, którego w trzydziestej czwartej minucie zastąpił Wszołek, a po przerwie zaprezentowaliśmy się tragicznie. Samobójczy gol Mkoyana dał nam prowadzenie, ale Ormianie wyrównali dwie minuty później i obnażyli wszystkie nasze słabości. Grająca pressingiem Armenia, w dodatku bez jednego zawodnika, to ostatni widok, jaki spodziewalibyśmy się zobaczyć w tym pojedynku.

    lewandowski-armenia-laczy-nas-pasja

    Pobudka nastąpiła kilka minut później, ale mimo wielu prób, piłka nie chciała wpaść do bramki przeciwnika. Biało – czerwoni atakowali, kompletnie odsłaniając tyły. Mogło skończyć się to fatalnie, bo rywal miał kilka sytuacji, które powinny skończyć się dla nas utratą bramki. Kiedy w dziewięćdziesiątej drugiej minucie nie wykorzystali idealnej sytuacji na objęcie prowadzenia, ogromny kamień spadł z serca wszystkich kibiców i remis wydawał się naprawdę dobrym wynikiem.

    Na szczęście w naszym zespole jest Lewandowski, który w pojedynkę uratował nam punkty już nie pierwszy raz. Nie ma sensu pastwić się nad pozostałymi zawodnikami, ale np. Teodorczyk kompletnie nie wykorzystał swojej szansy i tylko potwierdził, że nieskuteczny Milik i tak jest dwie półki wyżej od niego.

    Celem w październikowych spotkaniach było zdobycie sześciu punktów i to się udało. Czas jednak powiedzieć sobie otwarcie, że Nawałkę czeka dużo pracy w kompletowaniu kadry. Wypadło kilku podstawowych zawodników, a następców brak. Kolejne spotkanie za miesiąc w Rumunii, jest więc sporo czasu na naoliwienie maszyny, w której ewidentnie coś się zacięło!

    Komentarze