El. Ligi Mistrzów: Legio, czemu tak słabo?

Plan minimum wykonany, ale patrząc na wczorajszą grę Legii Warszawa w rewanżowym pojedynku z FK Trencin wydaje się, że to planowane minimum jest jednocześnie maksimum możliwości Mistrza Polski. 0:0 po bezbarwnej grze, ale czwarta runda eliminacji do Ligi Mistrzów osiągnięta, a w najgorszym wypadku faza grupowa Ligi Europy. I z tego się cieszmy!

Zaczęło się uroczyście. Zanim rosyjski arbiter ustawił piłkę na środku boiska i po raz pierwszy wczoraj zagwizdał, minutą ciszy uczczono bohaterów Powstania Warszawskiego, a trybuny stołecznego klubu odśpiewały hymn Polski.

Wyglądało to naprawdę kozacko! Co z tego, skoro zaraz po starcie mieliśmy deja vu z meczu ligowego z Wisłą Płock. Legioniści spali, a Słowacy atakowali, głownie dzięki prezentom gospodarzy.

Na szczęście w tym przypadku nie zakończyło się to stratą bramki, a my z niecierpliwością czekaliśmy na przebudzenie Legii. W końcu coś tam Wojskowi zaczęli grać, ale bez fajerwerków.

Często próbowali ataków skrzydłami, na których ustawieni byli Kucharczyk i grający dziś od pierwszych minut Langil. Zwłaszcza ten pierwszy był bardzo aktywny, Francuz natomiast czekał na prostopadłe piłki od kolegów, ale zazwyczaj były one niedokładne.

Widać też było, że jeszcze nie do końca rozumie się z partnerami z drużyny. Często podłączał się Hlousek, ale nawet kiedy idealnie wybiegał w tempo, to Langil decydował się na akcje indywidualne.

langil-laczy-nas-pasja

A Trencin robił to, co zapowiedział trener gości na przedmeczowej konferencji. Atakował bez żadnego respektu. Naprawdę miło patrzyło się na tych młodych piłkarzy, którzy raz za razem próbowali minąć dryblingiem Legionistów lub uderzać z dystansu. Zero szacunku dla umiejętności i doświadczenia rywala, zero kalkulowania.

Mówi się, że jeśli coś jest niewykonalne, trzeba zlecić to komuś, kto o tym nie wie, a on to zrobi. I tak było z nimi. Szaleństwem np. był rajd Bali, który przeszedł między kilkoma piłkarzami Legii jak między pachołkami i tylko to, że nie trafił w bramkę, uratowało Polaków przed stratą gola.

Zawodnicy z Warszawy swoje sytuacje też oczywiście mieli, ale żadnej stuprocentowej. A jeśli już do pozycji strzeleckiej dochodził najlepszy snajper warszawiaków, Nikolic, to pudłował. Niewidoczni byli Kopczyński i Jodłowiec, a to przecież środek pola miał być kluczem do zwycięstwa ze Słowakami.

Kontrataki też nie wychodziły, podania były raz za mocne, innym razem za słabe albo w ogóle niecelne. Rzuty rożne? Moulin może i jest niezły, ale wczoraj kompletnie mu nie wychodziły.

Grę warszawskiego zespołu w pierwszej połowie najlepiej podsumowały miny celebrytów, których realizator wyłapał na trybunach, m.in. Janusza Panasewicza czy Joanny Jabłczyńskiej. Jeśli oni widzieli, że nie jest dobrze, to co miał powiedzieć trener, kibice na Żylecie czy będący również na trybunach Adam Nawałka?!

Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0:0, ale lepsze wrażenie pozostawili po sobie goście. Spodziewaliśmy się, że w szatni padną przysłowiowe „mocne słowa” i Wojskowi  w drugiej odsłonie gry pokażą się z lepszej strony. Gdzie tam! Zmieniło się niewiele, goście atakowali, a gospodarze bronili się, od czasu do czasu próbując wyjść z kontrą.

moulin-legia-laczy-nas-pasja

No może było trochę lepiej, dobrą sytuację w końcu miał Kucharczyk, ale mocno spudłował. Trochę zamieszania wprowadziło wejście Prijovica i Aleksandrova, ale dalej nie przyniosło to efektu w postaci gola. Bardzo dobre okazje mieli Słowacy, ale po raz kolejny świetną dyspozycję pokazał Malarz.

W pierwszej połowie zaliczył kilka pewnych interwencji, w drugiej również musiał ratować swój zespół przed utratą bramki, np. w osiemdziesiątej piątej minucie, kiedy obronił strzał Lawrence’a. Talizman Legii znów nie zawiódł.

Końcówka była, na tle pozostałej części spotkania, bardzo emocjonująca. Działo się zarówno w polu karnym gości jak i gospodarzy, a bliżej strzelenia gola byli Legioniści. W pewnym momencie Kucharczyk pognał z piłką na pusta bramkę Trencina, zanim jednak oddał strzał, był faulowany. Zaraz potem sędzia zakończył spotkanie i Warszawa mogła cieszyć się z awansu swojej drużyny.

Mówią, że szczęście sprzyja lepszym. Czy Legia wczoraj była lepsza, to sprawa dyskusyjna, ale szczęścia miała dużo. I na boisku i poza nim. Oprócz awansu, została pierwszym mistrzem Polski, który będzie w czwartej rundzie eliminacji rozstawiony.

Komentarze