Ekstraklasa: „Wejście smoka” Stępińskiego, dwa oblicza Legii

    Za nami pierwsza sobota z Ekstraklasą w tym sezonie. Trzeba obiektywnie przyznać, że było wszystko to, co lubimy w tej lidze najbardziej. Bramki w ostatnich sekundach, zaskakujące składy, kompletnie dwa różne oblicza mistrza Polski…

    Dlatego ten, kto zamiast zakupów z ukochaną kobietą, albo grubego melanżu z kumplami zasiadł na kanapie przed telewizorem i tak spędził drugą część soboty, to na pewno nie może żałować. Przejdźmy jednak do rzeczy.

    Ruch Chorzów podejmował Górnika Łęczna. Sprawdziło się dokładnie to, o czym pisaliśmy w zapowiedzi tego spotkania, czyli na ”papierze” nuda, ale w rzeczywistości mogą być spore emocje. I były!

    Warto odnotować fakt, że do drużyny „Niebieskich” wrócił ulubieniec kibiców i specjalista od gry w upale Piotr Ćwielong. Zaczął jednak mecz na ławce rezerwowych. Jak się okazało, ważny dla losów spotkania miał być kolejny transfer gospodarzy, bowiem w składzie po raz pierwszy zobaczyliśmy wychowanka Legii Warszawa Jakuba Araka.

    Pierwsza połowa choć niezła, to nie przyniosła bramek. Jednak druga część gry całkowicie nam to zrekompensowała. Stroną przeważającą byli goście, a to jednak „Niebiescy” ku uciesze miejscowych kibiców strzelili bramkę i to po bardzo ładnej akcji całego zespołu. Skutecznie wykończył ją debiutant Arak. Było 1:0 dla Ruchu.

    W tym momencie drużyna z Łęcznej rzuciła się do huraganowych ataków i kilka razy była bliska zdobycia wyrównującego gola. To co nie udawało się przez tak długi czas wyszło wreszcie w 88. minucie. Bonin zagrał w pole karne, do piłki – pomiędzy dwoma stoperami – dopadł Śpiączka i wpakował ją do siatki, przy dość biernej postawie Skaby.

    spiaczka-laczy-nas-pasja

    Szczęście jednak sprzyjało tego dnia wybitnie miejscowym. W ostatnich sekundach piłkarze Ruchu wykonywali rzut rożny. Do wysokiego dośrodkowania wyskoczył powracający prosto z urlopu uczestnik Euro 2016 Mariusz Stępiński i zapewnił gospodarzom 3 punkty na inaugurację.

    W Krakowie zapowiadało się fajne widowisko. Wisła grała z Pogonią Szczecin. Na ławce „Wiślaków” był niedawny szkoleniowiec „Portowców” Dariusz Wdowczyk, z kolei trenerem gości, jest obecnie związany przez lata z Białą Gwiazdą Kazimierz Moskal.

    Trener gospodarzy zaskoczył składem szczególnie w obronie i pomocy. Tuż przed bramkarzem Michałem Miśkiewiczem stanęli Tomasz Cywka (nominalny pomocnik), Alan Uryga i Maciej Sadlok.

    W pomocy znalazło się miejsce dla Jakuba Bartosza, Krzysztofa Drzazgi oraz debiutanta Adama Mójty.

    Ledwo się mecz zaczął, a rajd na skrzydle przeprowadził Patryk Małecki dograł do Ondraszka, a ten końcem buta kopnął piłkę tuż przed bramkę, gdzie Paweł Brożek wpakował ją do siatki.

    Kiedy wydawało się, że Pogoń nie może otrząsnąć się po stracie gola, to miejscowi sprawili im prezent. Miśkiewicz minął się z piłką zagraną z rzutu rożnego, Adam Frączczak zagrał głową przed bramkę, a Jarosław Fojut wykończył akcję.

    Druga połowa, to wyrównana gra i sporo akcji pod obiema bramkami. Jednak decydującym momentem okazał się być rzut wolny w 82. minucie. Do piłki podszedł dosyć niespodziewanie Pietrzak i huknął prawie w samo okienko. To był pierwszy gol 24-letniego pomocnika w ekstraklasie. Wisła ograła Pogoń 2:1.

    pietrzak-wisla-laczy-nas-pasja

    Wieczorem Legia podejmowała u siebie Jagiellonię Białystok. Trener Besnik Hasi składem, jaki wystawił na ten mecz dał jasno do zrozumienia, że najważniejsze w klubie jest wtorkowe spotkanie w eliminacjach do  Ligi Mistrzów. Na ławce rezerwowych zasiedli tacy gracze jak: Duda, Pazdan, Nikolić czy Jodłowiec.

    Pierwsza połowa odbywała się pod absolutne dyktando gospodarzy. W środku pola brylował świeżo sprowadzony do klubu Thibault Moulin. I to właśnie ten gracz popisał się fantastyczną asystą w ostatnie akcji pierwszej połowy. Dograł wysoką piłkę do  Michaiła Aleksandrowa, a ten zamienił to na gola.

    Mogłoby się wydawać, że gol do szatni powinien załamać piłkarzy z Białegostoku. Nic bardziej mylnego. Choć ich dobrą grę należy upatrywać przede wszystkim w tym, że na drugą część meczu nie wyszedł  Guilherme. Okazało się, że Legia bez niego w składzie nie jest w stanie poukładać sobie gry.

    Mistrzowie Polski stracili gola w 56. minucie. Malarza – po tym, jak fatalny błąd popełnił Jakub Rzeźniczak, pokonał Fedor Cernych. Potem bramkarz ratował gospodarzy jeszcze kilkukrotnie. Do tego czerwoną kartę zobaczył Aleksandrow i wiadomo było, że Legia tego meczu nie wygra. Tak też się stało. Legia – Jagiellonia 1:1.

    Komentarze