Ekstraklasa: Weekendowi dewianci

Określenie dewiant nikomu nie kojarzy się dobrze. Pierwsza myśl – zboczeniec, używając eufemizmów, osoba z odchyleniami od normy. Z futbolowego punktu widzenia jest nim każdy kibic piłki nożnej, który w piątek o 18.00 odpala telewizor i czeka na polską Ekstraklasę. Bez bicia przyznaję, jestem nim i ja!

I gdy inni się krzywią, ja na Ekstraklasę reaguję tak:

Prawie dwa miesiące czekania, śledzenie transferów, obserwowanie sparingów, sprawdzanie kto na obóz pojechał a kto nie, kto został kopnięty w kostkę podczas gierki z rezerwami jakiegoś trzecioligowca, godzinne dyskusje z kolegami z pracy czy Kapustka pójdzie do Turcji czy jednak zostanie, czy Mila się obudzi przy Paixao i czy kibice tylko wygwiżdżą Hamalainena w Poznaniu, czy może na murawę poleci łeb świni. To już nie tylko kilkaset minut spędzone w weekend przed tv, to styl życia, połączenie uwielbienia dla piłki nożnej z patriotyzmem. Bo łatwiej kochać to co się zna, co jest nasze, polskie, choćby i jakościowo nie dorastało do pięt reszcie Europy.

Tyle razy zastanawiałem się jak można spędzić popołudnie patrząc na widowisko sportowe, bo określenia „mecz pikarski” nie zawsze można było użyć, jakie zgotowali kibicom przykładowo piłkarze (brzmi dumnie!) Niecieczy i Górnika Zabrze. Jeden celny strzał w światło bramki i siedemnaście podań na swojej połowie, to jedyne warte odnotowania sukcesy obu składów. A potem przypominam sobie „perełki” pokroju komentarza Tomka Hajty wspominającego zwycięski skład Kaiserslautern na mecz z Bayernem w trakcie pojedynku Piasta Gliwice z Termalicą. Brzmi nonsensownie, ale ja ten mecz oglądałem i chociaż nie mam pojęcia jaki był wynik to obejrzę kolejne 50 kolejek żeby usłyszeć kolejne wspomnienia w tym stylu.

Fascynacja polską piłką nie ma nic wspólnego z jej poziomem, nie czekamy na efektowne zagrania, bramki z połowy (chociaż się zdarzają – Fojut!), koronkowe akcje na jeden kontakt czy walkę do ostatniej sekundy. Tempo gry zazwyczaj jest piknikowe, a jeśli przypadkiem oba zespoły mają siły biegać przez 60 minut wszyscy rozpływają się w zachwytach prognozując, że za rok czy dwa Zagłębie powalczy o fazę grupową Ligi Europy. Każda moja sobota zazwyczaj wygląda podobnie, tłumaczę sobie, że ten weekend poświęcę „prawdziwej” piłce, wybieram szlagier z ligi angielskiej i zasiadam przed telewizorem. Rozpoczynają grę, tempo jak na rollercoasterze, nie ma nawet czasu mrugać. 5 minut później przypominam sobie, że na kanale obok leci właśnie Górnik Łęczna kontra Śląsk Wrocław. Krótka bitwa z myślami, odesłanie zdrowego rozsądku gdzie pieprz rośnie i można podziwiać wyczyny Bartosza Śpiączki czy Grzegorza Bonina. Żaden Rooney czy Costa nie mają z nimi szans.

I oto nadszedł ten moment, wyjdę wcześniej z pracy, zrobię zakupy, pożegnam się z bliskimi i o 18.00 wkroczę do świata gdzie dwóch bohaterów, Ruch Chorzów i Zagłębie Lubin stocza walkę na śmierć i życie. Brzmi tak cukierkowo i baśniowo, że ktoś może naprawdę pomyśleć – zboczeniec! Ale jestem pewien, że nie jestem sam, że cała masa dewiantów czeka na ten mecz, wygłodniali po dwóch miesiącach ekstraklasowego postu. I chociaż resztę świata obchodzi to tyle co mecz Matrixu z Kuantanem w lidze malezyjskiej, to dla kilku dewiantów nad Wisłą szykuje się święto. A po zaspokojeniu pierwszego głodu piątkowy deser – Śląsk vs Wisła, wisienka na torcie! A potem byle do soboty…

Miały być zapowiedzi piątkowych meczów, prognozowane składy, taktyki, itp. Wybaczcie, nie potrafię, czuje się jak dziecko przed mikołajkami – wiem, że obudzę się jutro i pod poduszką znajdę prezent. Ale ten dreszczyk oczekiwania nie pozwala zasnąć. Nie będę więc niczego zapowiadał, zapraszam do oglądania!

Foto: twojmecz.pl

Komentarze