Ekstraklasa: Prorok jakiś czy co?!

    Użyte w tytule powiedzonko weszło na stałe do mojego słownika w trakcie Mistrzostw Świata w Republice Południowej Afryki , kiedy to jeden z naszych komentatorów użył go w trakcie któregoś meczu. Samego spotkania ani sytuacji, w której kontekście zostało użyte nie pamiętam, ale była ona na tyle zabawna a tekst tak mocno zaakcentowany, że będę pamiętał i używał go jeszcze długo i zawsze wtedy kiedy ktoś okaże się jasnowidzem.

    Dzisiaj okazał się nim Krzysztof K., mój redakcyjny kolega, jednocześnie najlepszy dziennikarz sportowy jakiego znam, mężczyzna przystojny, któremu urody może pozazdrościć nawet Paweł Deląg, a po każdym treningu siłowym konsumujący średnią pizzę. Proszę wybaczyć tę odrobinę prywaty i mało heteroseksualne komplementy w kierunku mojego kolegi (choć są szczerą prawdą), ale naszą wczorajszą rozmowę z Krzysztofem zakończyłem obietnicą umieszczenia ich w tym tekście jeśli sprawdzą się jego przepowiednie. Wspomniana rozmowa miała miejsce wczoraj około godziny siedemnastej, kiedy to wspomniałem, że powoli kończymy bo szykuję się do oglądania meczów Ekstraklasy, z których chciałbym potem naszym Czytelnikom zdać relację. Krzysiek zamiast kończyć rozmowę stwierdził: „Po co oglądać? Pisz, ja Ci podyktuję. Zacznij od pytania: co zrobi Piast po porażce Legii w Lubinie?”. „Myślisz, że przegra?” – zapytałem. „Jestem pewien!” A że przed meczem Legii w Niecieczy Krzysiek powiedział mi, że „Wojskowi” dostaną tam tęgie baty, nawet nie próbowałem się z nim kłócić, poprosiłem tylko o argumenty. Wyjaśnił mi to w dosyć prosty sposób, powołując się na słowa kilku piłkarzy, byłych lub obecnych, warszawskiej Legii oraz ludzi, którzy w ich otoczeniu często przebywają. Sens jego słów był mniej więcej taki: legioniści przegrają w Lubinie, ponieważ włączył im się już syndrom „warszawskiego piłkarza”. Co to takiego? Otóż jest to przeogromna pewność siebie połączona z jeszcze większym lekceważeniem przeciwnika. Ogrom lekceważenia jest podobno odwrotnie proporcjonalny do wielkości miejscowości z jakiej on jest. Jeśli Legia gra u siebie, zwłaszcza z teoretycznie mocnym przeciwnikiem, jest piekielnie groźna, jeżeli natomiast gości u teoretycznie słabszego przeciwnika, takiego z którym w danym sezonie nie przegrywa i który nie ma, powiedzmy, wyrobionej „renomy” wśród ekstraklasowych klubów, to pewność siebie ich zgubi. Mało tego, Krzysztof dodał, że na niekorzyść Legii działać będzie wysokie zwycięstwo nad Cracovią w poprzedniej kolejce, które zupełnie uśpi czujność i ambicję piłkarzy ze stolicy. Na moje argumenty, że przecież Zagłębie gra świetnie na wiosnę i że było chyba najtrudniejszym rywalem Legii w tym roku więc trzeba się z nimi liczyć odparł tylko: „Zadzwoń po meczu”. Jakby tego było mało przepowiadał, że mecz ten będzie przypominał przedwczorajszy mecz Atletico z Bayernem. Zagłębie, jak piłkarze „Cholo”, postawią na defensywę i kontry a Legia będzie, podobnie jak Niemcy, bić głową w mur a mecz zakończy się jednobramkowym zwycięstwem gospodarzy. Może i piłkarze Stokowca nie stanowili takiego monolitu w obronie jak Atletico a legioniści nie atakowali aż tak zawzięcie jak Bayern w drugiej połowie i mecz nie zakończył się jednobramkowym zwycięstwem, ale generalnie widowisko było dosyć podobne. Kiedy w dziewięćdziesiątej minucie na boisko, w trakcie ataku Legii, wleciała druga piłka, mimowolnie nasunęła mi się myśl, że jednak dzisiaj Zagłębie może i ma w sobie coś z bandy Simeone – oczywiście zachowując wszelkie proporcje!

    Zadzwoniłem do szanownego kolegi, uchyliłem z głowy wyimaginowaną czapkę i zapytałem o dalszy rozwój wypadków. Przepowiedział wygraną Piasta z Pogonią, remis gliwiczan z drużyną Czerczesowa a potem cuda w ostatniej kolejce, których zdradzać jeszcze nie chcę. Jeśli to się sprawdzi, proszę mi wierzyć, czekają mnie rzeczy gorsze od publicznego komplementowania wspomnianego kolegi. Łatwo pisałoby się te wszystkie opinie już po obejrzeniu wczorajszego meczu, ale jeśli ktoś mówi je, znając realia, to nie świadczy to chyba najlepiej o naszym głównym kandydacie na Mistrza Polski. Czy Legia jest aż tak przewidywalna? Czy będzie kiedyś w stanie wyleczyć się ze swojej megalomanii? Od razu przypomniały mi się mecze z Podbeskidziem sprzed około dwóch lat, wtedy to „Górale”, choć w lidze grali słabiutko, to mieli patent na stołeczny zespół i bili ich nawet w Warszawie. Oznaką mistrzostwa jest również pokora i szacunek do słabszych (teoretycznie), także dla Legii do mistrzostwa droga daleka! 

    Foto: rmf24.pl

    Komentarze