Ekstraklasa: Plus i minus czwartej kolejki

    Śledzenie od deski do deski, mecz po meczu, każdej kolejki Ekstraklasy uważamy za wielką przyjemność, ale też za obowiązek wobec polskiej piłki. Po każdej toczymy dziesiątki dyskusji, kto i dlaczego wygrał, jak to się stało, że faworyt przegrał, kto nas zachwycił a dla kogo jedyną pracą na zielonej trawce powinien być wypas owiec.

    Postanowiliśmy, że od dziś, po każdej serii gier podzielimy się z Wami naszymi przemyśleniami na temat największego plusa i minusa kolejki. Nie zawsze będą to piłkarze, dziś na przykład długo wahaliśmy się czy za negatywnego bohatera nie uznać całej drużyny Lecha Poznań.

    Jeżeli macie swoje typy, to zapraszamy do dzielenia się przemyśleniami, być może zwrócicie naszą uwagę na coś, czego wcześniej nie dostrzegliśmy.

    Plus kolejki. Zaczynamy od pozytywów. Jest facet, po którym nigdy nie spodziewalibyśmy się, że zrobi coś, za co będziemy go chwalić. Przed tą kolejką dwie ekipy miały zerowy bilans straconych bramek, Zagłębie Lubin i Śląsk Wrocław. Oba zespoły zremisowały, Miedziowi w meczu z Pogonią zanotowali remis 1:1, w spotkaniu Śląska z Lechią bramki nie padły i to wrocławianie są jedyną drużyną w lidze, która nie straciła jeszcze gola.

    Za taki wynik pochwalić można cały blok defensywny, ale czystym kontem ostatecznie chwalić się może bramkarz, Mariusz Pawełek. Grająca legenda, człowiek na cześć którego baboli powstało określenie pawełki, a w czasach gry w krakowskiej Wiśle najgroźniejszą dla nich sytuacją było Jop do Pawełka.

    mariusz-pawelek-laczy-nas-pasja

    Jakby nie patrzeć golkiper, który popełnił mnóstwo błędów, jest trzykrotnym mistrzem kraju a dziś stoi między słupkami w drużynie, która jeszcze nie straciła bramki w tym sezonie. Zastanawialiśmy się, czy nie wyróżniamy go za wcześnie, przecież w następnym meczu Śląska, tym razem z Arką, też może niczego nie wpuścić.

    Nie zapeszamy, ale lepiej dmuchać na zimne i jeśli już jest okazja żeby pochwalić Pawełka, to robimy to z czystym sumieniem. Panie Mariuszu, gratulujemy postawy i nie szydząc, trzymamy kciuki za kolejne mecze z czystym kontem.

    Minus kolejki. W tej kategorii konkurencja zazwyczaj jest dużo większa. Z natury łatwiej kogoś zganić i wytknąć błędy niż pochwalić. Mocną kandydaturą była, jak wspominaliśmy na początku, postawa drużyny z Poznania, ale nie chcemy już kopać leżącego.

    Bacznie im się przyglądamy, jak cała Polska zresztą i liczymy, że na pożegnanie z Lechem Jan Urban zdoła może nie wygrać, ale przynajmniej nie dać plamy. Dajemy więc Kolejorzowi kredyt zaufania i szansę na rehabilitację. Za negatywne zaskoczenie tej kolejki uznajemy Nemanję Nikolića.

    nikolic-laczy-nas-pasja

    W ubiegłym sezonie wszyscy narzekali, że Węgier strzela tylko w lidze, nic nie dokładając w pucharach. Nie uznaje on chyba półśrodków, bo ten sezon zaczął zgoła odmiennie. Cztery bramki w eliminacjach Ligi Mistrzów i zero w lidze. W każdym ekstraklasowym spotkaniu zagrał w większym bądź mniejszym wymiarze czasowym, ale swoje szanse miał. Niedzielny mecz był jednak popisem nieskuteczności Nikolića.

    Najpierw miał pecha w trzydziestej minucie, kiedy po jego strzale piłkę z linii bramkowej wybijał Hebert, ale potem, po dośrodkowaniach Langila, najpierw  trafił prosto w bramkarza gości, a za drugim razem uderzył minimalnie obok okienka.

    Od gościa, który był królem strzelców ubiegłego sezonu i definicją skutecznego napastnika wymagamy, aby chociaż jeden strzał w takich sytuacjach znalazł drogę do bramki. Nie przypuszczamy, że to początek kryzysu, w końcu Węgier strzela regularnie w pucharach, ale zawiesił sam sobie poprzeczkę tak wysoko, że nie wypada. Królowi po prostu nie wypada!

     

    Komentarze