Ekstraklasa: Jedna Wisła gorsza od drugiej, Arka znowu liderem?

    Nieprzewidywalne bywają ostatnio piątki w naszej Ekstraklasie. Pierwsze kolejki tego sezonu ligowego przyzwyczaiły nas do tego, że na rozpoczęcie dostawaliśmy naprawdę zjadliwe dania. A że w przyrodzie równowaga musi być, to tydzień temu los zabrał to co dał i zaserwował nam męczarnie nie z tej ziemi.

    Baliśmy się, że może to być początek nowego trendu i z czystym sumieniem będziemy mogli odpuszczać piątek w Ekstraklasie, ale wczoraj znów wszystko wróciło na dobre tory i oglądaliśmy ligę w najlepszym wydaniu.

    Nie mówimy o jakości, wszak nie po to ogląda się polską piłkę, żeby cieszyć się bajeczną techniką zawodników czy zaawansowanymi rozwiązaniami taktycznymi. Mają być bramki i ma się dziać. Dziewięć goli w dwóch meczach mówi samo za siebie – prawie tyle ile w całej poprzedniej kolejce!

    Zaczęliśmy od meczu w Płocku, do którego przyjechała Korona. Ograć Wisłę z Krakowa w poniedziałek, a potem w piątek pyknąć jej imienniczkę – proszę bardzo, nic prostszego. Kielczanie zaskakują wszystkich, a najbardziej chyba siebie. Ten zespół radzi sobie najlepiej, kiedy jeszcze przed sezonem przypina mu się łatkę pewniaka do spadku.

    Wczoraj poradził sobie z beniaminkiem, który zadania też jakoś wybitnie mu nie utrudniał. Kiedy robiło się nudno, widowisko uratował obrońca gospodarzy, Stefańczyk, którego błąd dał gościom prowadzenie i rozruszał cały mecz. Skończyło się 1:2 dla Korony i wiedz, że jeśli jest ona na czwartym miejscu w tabeli, to dobrze się w Kielcach dzieje.

    dejmek-mozdzen-radosc-laczy-nas-pasja

    Trzy bramki w Płocku narobiły kibicom apetytów, ale w najśmielszych marzeniach nikt nie przypuszczał, że w Krakowie zobaczymy ich dwa razy więcej. Sześć goli sugeruje mecz walki i wymianę ciosów lub pogrom. Niestety dla krakowskiej Wisły, zobaczyliśmy na boisku opcję drugą.

    Tak walczyć o wyjście z dołka po prostu nie można. 1:5 na własnym boisku. W momencie kiedy ważą się losy klubu, kiedy kubłów zimnej wody wylano na głowy zawodników i kibiców już wystarczająco dużo, Wisła znowu dała dupy.

    Śląsk był wczoraj do bólu skuteczny i z czystej przyzwoitości nie będziemy się pastwić nad krakowianami. Szósta porażka z rzędu mówi wszystko o kondycji klubu z Reymonta.

    Dzisiaj trzy spotkania i jeśli piłkarze oglądali wczorajsze mecze, to wiedzą, że trzeba strzelać z każdej pozycji, bo w tym tygodniu wpada wszystko.

    Najpierw okazję będą mieli szczecinianie, którzy ugoszczą Cracovię. Jeśli dwa spotkania można nazwać passą, to Pogoń ma całkiem niezłą, w końcu zaczęła wygrywać, strzelać bramki i grać na zero z tyłu. Czego chcieć więcej?

    O 18.00 zagrają Górnik Łęczna i Jagiellonia Białystok. Podopieczni Michała Probierza wpadli w lekki dołek, dwa kolejne spotkania przegrali 0:1, ale dobry start w tym sezonie pozwala im ciągle być w czubie tabeli.

    probierz-jaga-laczy-nas-pasja

    Jakby to dziwnie nie zabrzmiało, dziś mogą mieć problemy ze złapaniem punktów, bo na ich drodze staję Łęczna, która w przeciwieństwie do nich, początek miała fatalny. Jeśli jednak wygrywa się z Legią, a potem remisuje z Zagłębiem, to nie można być lekceważonym.

    Na deser pojedynek drugiej i trzeciej drużyny Ekstraklasy, Arka Gdynia kontra Zagłębie Lubin. Patrząc na ostatnie dokonania gości można by w ciemno typować remis, ale każda seria musi się kiedy skończyć, a zawodnicy Stokowca grają dziś w końcu w „twierdzy Gdynia”.

    Arka w tym sezonie nie przegrała meczu na własnym boisku, mało tego, nie straciła nawet gola. Gdyby „przypadkiem” i dziś wygrała, to zostaje liderem Ekstraklasy. Drugi tydzień z rzędu, choć na chwilę, mogłaby przewodzić w ligowej tabeli. Spodziewał się tego ktoś?

     

     

    Komentarze