Ekstraklasa: Jaga liderem, Kraków w Pasy

Takie piątki w Ekstraklasie, to my rozumiemy. To już następna kolejka, która pierwszego dnia nas rozpieszcza. Piątkowe spotkania nie są już tylko do „odbębnienia”, a powoli stają się hitami kolejki. Bo czysto teoretycznie, co mogło nas w ten weekend czekać ciekawszego? Śląsk – Lechia, Legia – Piast, Zagłębie – Pogoń?

Wczoraj obejrzeliśmy osiem (!) bramek, z czego dwie zanim wygodnie rozsiedliśmy się w fotelach i niezłą grę trzech z czterech grających ekip. Wynik co najmniej zadowalający.

Piszemy, że trzech z czterech. No tak, czwartą kolejkę zainaugurowało spotkanie Jagiellonii Białystok z Arką Gdynia i spodziewaliśmy się czegoś więcej. Podopieczni Michała Probierza nie zawiedli, ale goście zupełnie dali ciała.

Patrząc na ich poczynania zastanawialiśmy się, jakim cudem dwa poprzednie mecze wygrali 3:0. Chyba to tylko magia własnego boiska, bo na wyjazdach oglądamy zupełnie inną drużynę.

I to wcale nie było tak, że skrzydła podcięła im bramka stracona zanim jeszcze zdążyli się dobrze rozgrzać. Oglądaliśmy dziewięćdziesiąt minut popisów nieporadności gdynian, zarówno w ofensywie jak i w defensywie.

A ta dała się zaskoczyć już w czwartej minucie, kiedy to Cernych zgrał piłkę w pole karne rywala, a ze spadającej piłki uderzył Vassiljev. O tym, że Estończyk jest w fenomenalnej formie wiedzieli chyba wszyscy poza obrońcami Arki.

vassiljev-laczy-nas-pasja

Zostawienie mu tak dużej ilości miejsca pod własną bramką to nie błąd, to kryminał. Kostia chyba miał podsłuch na komentarz z transmisji tego meczu. Szybko chciał udowodnić, że komentatorzy, nazywający go co chwilę Panem Piłkarzem lub Panem Profesorem, w ogóle się nie mylą. Jaga po strzelonym golu oddała piłkę Arce i czekała na to co zrobią rywale.

A ci nie robili nic, zero pomysłu na rozerwanie szyków obronnych przeciwnika, więcej podań do tyłu niż do przodu. Skoro tak, to Jagiellonia postanowiła zakończyć mecz już przed przerwą i na 2:0 ustrzelił ich Cernych.

Druga połowa, to już pełen spokój i gdyby nie to, że Arka pewnie stwierdziła, że ma za dobry bilans bramkowy, to nie podziałoby się za wiele. Kuriozalna obrona przy wyrzucie z autu gospodarzy, dwóch obrońców i bramkarz kontra osamotniony Cernych i jak mogło się to skończyć?! Paradą baboli i golem zdobytym z prawie zerowego kąta.

Kwintesencja wczorajszej gry gości. Żeby było sprawiedliwie i nie tylko Litwin mógł się cieszyć z dwóch trafień, swoje kolejne z rzutu karnego dołożył Vassiljev. Gdynianie zanotowali honorowe trafienie głową Sołdeckiego po stałym fragmencie gry, ale to wcale nie znaczy, że próbowali chociaż przez chwilę odrobić straty.

4:1, Jaga wskoczyła na fotel lidera i nie odda go przynajmniej do niedzielnego meczu Zagłębia, trzeba przyznać, że zasłużyli. Vassiljev z pięcioma golami lideruje tabeli najlepszych strzelców i z przytupem zaczął walkę o miano piłkarza sierpnia.

A na deser derby Krakowa. Po zakończeniu spotkania w głowie mieliśmy tylko jedną myśl – szkoda, że Kraków to jedyne miasto, które ma dwójkę reprezentantów w Ekstraklasie. Są oczywiście wielkie derby Śląska, mecze Legii z Lechem itp., ale żadne z nich nie dorównują poziomem zaangażowania piłkarzy i kibiców tym krakowskim.

derby-krakowa-laczy-nas-pasja

Nie bulwersuje nas aż tak przerwanie minuty ciszy przez kibiców Wisły czy wyzwiska rzucane w stronę Patryka Małeckiego z trybun. Te mecze zwyczajnie da się oglądać. Nieustanny doping buduje atmosferę na stadionie, ale sprawia też, że żaden z zawodników nie odpuści nawet na minutę. Podobnie było wczoraj. Bomba Budzińskiego w drugiej minucie i prowadzenie Cracovii nie miały żadnego wpływu na grę Wiślaków.

Widać było, że chcą, ale nie wychodzi. Gospodarze zagrali niesamowicie mądrze, oddając piłkę gościom i czekając na kontry. Wisła biła głową w mur, a Cracovia czekała. Wyczekała do czterdziestej trzeciej minuty, na piąty metr piłkę zagrał Wójcicki, a Szcepaniak wyprzedził Głowackiego i było 2:0.

Druga połowa wyglądała dokładnie tak samo. Wisła chciała, ale nie potrafiła, a Cracovia czekała. Dawno nie widzieliśmy takiego spokoju u piłkarzy Zielińskiego i tak nieporadnej Wisły. Co prawda w samej końcówce kontaktową bramkę zdobył Małecki, ale wynik 2:1 zupełnie nie oddaje tego, o ile dziś Cracovia była lepsza.

Jeżeli chodzi o Patryka, to zobaczyliśmy przez moment starego dobrego Małeckiego sprzed kilku lat. Skupiający na sobie całą nienawiść trybun pomocnik nie wytrzymał w końcu nerwowo i wdał się w pyskówkę z sędzią, za co otrzymał żółta kartkę i kilka wiązanek z sektorów gospodarzy. Jedyne co się zmieniło to to, że zaraz po tym strzelił bramkę.

192. derby Krakowa dla Pasów, ale jak mawiają kibice Wisły – Derby wasze, miasto nasze. Póki co powinni jednak martwić się formą swojej drużyny, bo trzeci mecz z rzędu przegrany, do tego afera z nowym właścicielem – przegrane spotkanie z odwiecznym rywalem zza miedzy to chyba na dzień dzisiejszy nie jest ich największy problem

Komentarze