Ekstraklasa: Idzie, idzie, idzie… ale kto i dokąd zaszedł?

„Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz…” śpiewa nam Perfect w swoim utworze „Niepokonani”. Wielkie ekstraklasowe bitwy za nami, kurz już opadł, można więc na spokojnie zerknąć na przedostatnią kolejkę i sprawdzić kogo gdzie zaprowadziła.

Po wtorkowej bitwie i kurzu nie ma już ani śladu, ale tytuł „Niepokonani” nijak nie pasuje nam do Podbeskidzia! Popatrzmy na chłodno na przesądzony już spadek „Górali”. Od pięciu lat na boiskach Ekstraklasy dało się słyszeć na meczach z ich udziałem gromkie „Idzie, idzie, idzie, Podbeskidzie” i przez te pięć lat, czyli od momentu ich awansu do najwyższej ligi, jakoś szli, nawet pędzili, na przekór opiniom ekspertów, którzy zawsze skazywali ich na spadek. Wczoraj zbyt dosłownie do serca wzięli sobie skandowane hasło i zamiast biegać przeszli obok meczu. Przez ostatnie cztery sezony zawsze pałętali się gdzieś w dolnej części tabeli, ale zawsze, jakimś cudem, udawało im się utrzymać. W tym roku, kiedy wydawało się, że będzie to ich najlepszy start we wszystkich rozegranych dotychczas w Ekstraklasie sezonach, dali plamę, dali ciała, dali dupy! Nazywajmy to jak chcemy – spieprzyli sprawę! Kwintesencją gry, a co za tym idzie utrzymywania się w Ekstraklasie rok w rok, była walka. Nigdy w Podbeskidziu nie było wirtuozów futbolu, nie grzeszyli techniką, nie były wdrażane ambitne schematy taktyczne, tylko walka, walka, walka! Czasami wydawało się, że na boisko wbiega banda rzeźników czy wkurzonych kibiców szykujących się na „ustawkę”. To wystarczało, pokazywali wielokrotnie, że nie wygrywa się tylko nogami, ale też sercem. W meczu z Górnikiem Łęczna, podobnie jak i w pozostałych meczach po podziale punktów, tego serc a brakło, brakło też więc jakichkolwiek argumentów przemawiających za szansami na przyszłoroczną grę w Ekstraklasie. Punktem zwrotnym, wiadomo, była afera z punktem ujemnym dla Lechii. Przytaczanie całej historii nie ma sensu, faktem jest, że przez dwa dni „Górale” byli w pierwszej ósemce, a potem trafili, kosztem Ruchu Chorzów, do grupy spadkowej. Z jednej strony taki obrót sprawy może zdekoncentrować, ale szanujmy się, to zawodowcy przed którymi siedem spotkań do rozgrania, trzeba wziąć się w garść i iść dalej po swoje. Gdzie to serce do walki, z którego bielszczanie byli znani? Gdzie był trener Podoliński, który nie powinien dać im chwili na myślenie o całej sytuacji i który mentalnie powinien przygotować ich do walki tak, że na przeciwników rzucaliby się jak bulteriery? Oglądanie Marka Sokołowskiego w pomeczowym wywiadzie było wręcz traumatyczne, entuzjazmu (no bo i  skąd?) i chęci do życia było w nim mniej więcej tyle, ile w niektórych jego kolegach podczas meczu przegranego jeden do pięciu. Idzie, idzie, idzie, Podbeskidzie, a właściwie spada, leci na łeb na szyję do Pierwszej Ligi. Czy będzie nam brakować meczów z udziałem piłkarzy spod Klimczoka? Jeśli brać pod uwagę względy estetyczne – zupełnie nie, ale jak wielokrotnie pisaliśmy, bardziej od popisów technicznych cenimy przysłowiowe gryzienie trawy, a tego w grze „starego” Podbeskidzia nigdy nie brakowało i za tym nie raz zatęsknimy!

A skoro spojrzeliśmy na dół tabeli, zerknijmy i na szczyt. Tam swój triumfalny marsz miała zacząć Legia. Po meczu z Piastem kroczyła już po czerwonym dywanie w stronę królewskiego tronu Mistrza Polski a do pokonania zostały jej tylko dwa stopnie. I co? Na pierwszym schodku wyrżnęła jak długa prawie wybijając zęby! Pech czy ktoś jej pomógł? Gdybyśmy mieli szukać dowcipnisia, który delikatnie popchnął „wojskowych” to byłby nim chyba sam Czerczesow? Od początku było wiadomo, że mecz w Gdańsku nie będzie należał do najłatwiejszych, ale żeby oddać walkowera przed pierwszym gwizdkiem? Masłowski w pierwszym składzie, 0:2  – jeszcze jakieś pytania? Że niby oszczędzanie sił przed meczem z Pogonią w ostatniej kolejce? Jak zdobyć „majstra” to u siebie? O wiele rzeczy podejrzewalibyśmy trenera legionistów, ale nie o skłonności do hazardu! Kurz po tym spotkaniu będzie musiał długo opadać zanim wymyślimy co mógł mieć w głowie trener Legii. Jeśli na drugim schodku też się wyłożą będzie co analizować! A tymczasem Piast „pyknął” Ruch i ma tyle samo punktów co lider i ostatni mecz z pewnym gry w pucharach Zagłębiem.

I dobrze, to nie koniec marszu! W ostatniej kolejce dwóch Górników pomaszeruje po utrzymanie, a Legia z Piastem, ramię w ramię, po mistrzowski tytuł. Kto będzie pierwszy, zobaczymy!

Komentarze