Ekstraklasa: Emocje rosły jak u Hitchcocka

Sobota w Ekstraklasie skojarzyła nam się z typowym filmem Alfreda Hitchcocka, w którym akcja zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem emocje rosną. Zachowując wszelkie proporcje i uczciwość przyznamy, że pierwsze spotkanie w Niecieczy nijak się miało do trzęsienia ziemi, ale za to emocje rosły z meczu na mecz.

Napisać, że to było pasjonujące spotkanie, to zdecydowanie za wiele, ale nie był to zły mecz. Może piątkowe pojedynki zawiesiły poprzeczkę za wysoko, dlatego jakoś nieszczególnie przeżywaliśmy rywalizację Bruk-Bet Termaliki z Górnikiem Łęczna.

Wynik 2:1 dla gospodarzy mógłby świadczyć, że podziwialiśmy wyrównany pojedynek, ale nie do końca tak było. Goście honorowe trafienie zaliczyli dopiero w dziewięćdziesiątej trzeciej minucie, a wcześniej bezskutecznie próbowali wcisnąć piłkę do bramki Termaliki.

Żeby być jednak uczciwym, pierwsza bramka dla zawodników Michniewicza nie powinna paść. Jovanovic wykorzystał rzut karny po zagraniu ręką jednego z łęcznian, ale po wielokrotnym obejrzeniu powtórek tej sytuacji można dojść do wniosku, że karnego być nie powinno.

Szkoda, że sędzia, który widział całą akcję jak na dłoni, popełnił taki błąd. Wcześniej to Górnicy mieli lepszą sytuację na objęcie prowadzenia, ale Danielewicz trafił w słupek. Generalnie cała pierwsza połowa obfitowała w próby, ale tak nieskuteczne, że oprócz wspomnianego słupka i niesłusznie podyktowanego karnego, nie ma czego wspominać.

Druga, na którą gospodarze wyszli z jednobramkowym prowadzeniem, zaczęła się podobnie, ale w 51.minuce Nieciecza, a konkretnie Juhar, zdobyła drugą bramkę. Wtedy dopiero obudził się Górnik i zaczął poważnie zagrażać bramce gospodarzy. Częściej i agresywniej podłączał się choćby Leandro, na którego ofensywne wejścia w Łęcznej liczono.

Zawodnicy Rybarskiego naciskali, ale efekt był taki sam, jak w pierwszej części gry. W końcówce gospodarze mogli zakończyć spotkanie strzelając trzecią bramkę, ale obok słupka uderzył Jovanovic. Bramka na 2:1 padła zdecydowanie za późno, aby Łęczna mogła myśleć o remisie, zaraz po niej sędzia zakończył spotkanie.

termalica-leczna-laczy-nas-pasja

Termalica niespodziewanie ma dziewięć punktów po czterech meczach, Górnik na pierwsze zwycięstwo musi jeszcze poczekać, chociaż w piątej kolejce będzie o nie ciężko, bo podejmą mistrza kraju, warszawską Legię.

Paradoksalnie, pomimo końcowego wyniku 0:0, ciekawsze do oglądania okazało się spotkanie Śląska Wrocław z Lechią Gdańsk. Już w pierwszej minucie doskonałą sytuację do zdobycia bramki mieli gospodarze. W polu karnym poszalał Mervo, ale ostatecznie trafił tylko w boczną siatkę.

Ta akcja zapowiadała, że będzie się działo. I rzeczywiście, mecz toczony był w szybkim tempie, oglądaliśmy mnóstwo walki w środku pola i kilka indywidualnych popisów. Najdogodniejszą okazję w pierwszej połowie i jak się później okazało w całym meczu, miał Marco Paixao.

Pięknym rajdem lewą stroną popisał się Peszko, wyłożył piłkę Portugalczykowi na piąty metr i kiedy wydawało się, że musi paść bramka, obronił Pawełek. Instynktownie zostawił nogi i w ten sposób popisał się paradą meczu i w naszym przekonaniu został bohaterem całego spotkania.

Druga połowa była toczona w nieco wolniejszym tempie, więcej było strat i niedokładnych podań, ale dalej gra nie kłuła w oczy. Od czasu do czasu byliśmy świadkami koronkowych akcji, ale klarownych sytuacji strzeleckich już nie uświadczyliśmy. Lechia zalicza pierwszy remis w tym sezonie i pierwszy raz nie udało jej się strzelić bramki.

Gospodarze podtrzymali dobrą passę na zero  tyłu, ale znowu sami nic nie strzelili. To już trzecie z czterech spotkań zakończone wynikiem 0:0. I nie wiemy sami czy powinni się cieszyć czy martwić tym, że podzielili się punktami z Lechem, Legią i Lechią.

slask-lech-laczy-nas-pasja

Trzecie spotkanie okazało się wisienką na torcie i cholernie się cieszymy, że byliśmy na te urodziny zaproszeni! 6. minuta, kontratak gospodarzy w wykonaniu Jacka Kiełba, po raz czwarty debiutującego w barwach Korony i faul Tetteha.

Może nie brutalny, pociągnął wychodzącego sam na sam przeciwnika za koszulkę, ale czerwona kartka jak najbardziej słuszna. Przyznamy, mając w pamięci jego zagranie sprzed tygodnia, że poczuliśmy jakąś dziką satysfakcję, że ten brutal zszedł z boiska.

Kolejorz grał w dziesiątkę, ale dokonał niemożliwego. To znaczy niemożliwego do tej pory w tym sezonie, czyli strzelił bramkę. Majewski uderzał z piętnastu metrów, piłka odbiła się od jednego z piłkarzy Korony, dopadł do niej Robak i pokonał Peskovica. W 16. minucie było 0:1 i zapowiadało się ciekawie, bo nikt nie wierzył, że grająca w przewadze Korona nie pokusi się o odrobienie tej straty.

Czekaliśmy zaledwie pięć minut i Kędziora we własnym polu karnym sfaulował Kallaste. Jedenastkę pewnie wykorzystał Sekulski i było już 1:1. Do przerwy goli już nie oglądaliśmy, ale na walkę narzekać nie można było. Momentami była ona nawet za ostra, bo sędzia w pierwszej części gry pokazała w sumie jedną czerwoną i pięć żółtych kartek.

Druga odsłona gry przyniosła nam szybkie prowadzenie gospodarzy. Pięć minut po wznowieniu Korona przeprowadziła szybką akcję, po której rewelacyjnie piłkę w pole karne dorzucił Kiełb i było 2:1. Lech próbował odrabiać straty, dwukrotnie w ciągu dziesięciu minut próbował Robak, ale oba jego strzały przeleciały minimalnie obok słupka. Gospodarze też nie odpuszczali, bliski szczęścia był Możdżeń, ale i on minimalnie chybił.

robak-laczy-nas-pasja

W 64. minucie niespodziewanie z boiska zszedł strzelec dwóch bramek dla gospodarzy, a zastąpił go Palanca. Jeszcze dobrze nie nadziwiliśmy się decyzji trenera Wilmana, a Hiszpan przywitał się z Kielcami bramką stadiony świata. Spojrzał jak ustawiony jest Buric, podprowadził piłkę na dogodną do strzału pozycję i huknął nie do obrony.

Ten gol na pewno będzie konkurował z bramką Budzińskiego do miana trafienia kolejki. W ogóle po pojawieniu się Hiszpana na boisku Korona zaczęła się bawić z Lechem. Dwubramkowe prowadzenie dało im ogromny spokój i w konsekwencji pozwoliło zdobyć kolejnego gola. Po krótkim rozegraniu rzutu rożnego piłkę w szesnastkę dorzucił Aankour, a strzałem głową Grzelak dobił gości.

Korona sensacyjnie pokonała niedawnego mistrza kraju, gromiąc go 4:1. Wynik to jedno, ale mogła się podobać gra kielczan. Pochwalić trzeba niewspomnianego wcześniej Pilipczuka, który dwukrotnie był bliski strzelenia gola i rozegrał świetne zawody. Korona opuściła w końcu grono zespołów bez zwycięstwa w tym sezonie, a Lech, mimo strzelonego gola, został czerwoną latarnią ligowej tabeli.

Komentarze