Ekstraklasa: Dno Wisły widoczne z kosmosu

    Środek tak zwanego długiego weekendu, niedzielne popołudnie, podniosła atmosfera, wyjście na murawę w barwach narodowych, Mazurek Dąbrowskiego na otwarcie, to wszystko może powodować, że piłkarze mogą mieć spętane tremą nogi i jednocześnie głowę zaprzątniętą wieczornym grillowaniem.

    Bylibyśmy w stanie wszystko to im wybaczyć, w końcu wszyscy jesteśmy ludźmi, ale mogliby chociaż lojalnie uprzedzić, że mają zamiar te dwie godziny swojej pracy w niedzielę odbębnić, kompletnie się nie przykładając i szkoda naszego czasu na oglądanie tych popisów.

    Ale nie, skoro oni muszą cierpieć w pracy za te kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, to pocierpcie i Wy, drodzy kibice!

    Najpierw w twarz roześmiali nam się zawodnicy Piasta Gliwice i Zagłębia Lubin. Kilka nudnych spotkań w tym sezonie już obejrzeliśmy, ale kiedy będziemy na koniec rozgrywek szukać tego najgorszego, to wczorajszy mecz w Gliwicach pojawi się na pewno jako jedna z kandydatur.

    0:0, czyli podstawowe kryterium osądu skali beznadziejności spotkania spełnione w stu procentach. Bo nie ma przecież nic gorszego niż mecz bez bramek. Próby były, ale te dwa czy trzy strzały z dystansu nie mogą zmazać ogólnego negatywnego wrażenia, jakie pozostawili po sobie zawodnicy obu ekip.

    piast-gliwice-laczy-nas-pasja

    Mecz do jak najszybszego zapomnienia, Zagłębie przynajmniej może pocieszyć się zajęciem fotela lidera – co najmniej do dzisiejszego wieczora.

    Zobaczyliśmy wczoraj dno Wisły. I nie mamy wcale na myśli przypadkowej kąpieli w największej polskiej rzece, która to kąpiel przytrafiła nam się podczas powrotu z suto zakrapianej sobotniej imprezy.

    Zapytamy wprost i najdelikatniej jak się da: Wisło Kraków, ileż można? Kompletne dno zaprezentowane wczoraj było równie dobrze widoczne z kosmosu jak Wielki Mur Chiński. Wynik 1:2 to niby nie pogrom jak choćby ten sobotni w Szczecinie, ale nie zmienia to faktu, że kolejne punkty uciekają.

    Zaczęło się dobrze, bo już w piątej minucie strzelił Zachara i gospodarze prowadzili z Ruchem Chorzów przy Reymonta. Co z tego, skoro uznali, że ta jedna bramka na pewno wystarczy im do zwycięstwa i dali pobawić się Niebieskim. No a ci, tak ładnie zaproszeni do zabawy, skorzystali. Najpierw Stępiński, zupełnie niepilnowany w polu karnym rywala, popisał się precyzyjnym i mocnym strzałem, który dał gościom wyrównanie.

    stepinski-laczy-nas-pasja

    A potem zobaczyliśmy najgorsze ustawienie przy stałym fragmencie gry, jakie tylko można wymyślić. Kiedy Oleksy wbijał piłkę do siatki, oprócz niego Miśkiewicza atakowało jeszcze dwóch chorzowian.

    Sześciu Wiślaków stało i patrzyło kilka metrów dalej. Zero reakcji. Wisła miała w międzyczasie swoje szanse, ale uczciwie mówiąc, gdyby Ruch wykorzystał swoje, to i tak wywiózłby z Krakowa trzy punkty.

    Krakowianie po kolejnym laniu spadają na ostatnie miejsce w tabeli i zaczyna to być nawet zabawne, że kolejny niedawny mistrz kraju zostaje czerwoną latarnią.

    Najpierw Lech, teraz Wisła, Śląsk czy Legia mają tylko trzy punkty więcej niż krakowianie więc kto wie, może i oni tam niedługo zagoszczą.

    Komentarze