Doping w Rosji: Tradycja to rzecz święta

    Tradycja to rzecz święta. Czym byłaby wigilia Bożego Narodzenia bez zachowania jej wszystkich zwyczajów. Czy wspominalibyśmy coroczne śniadanie wielkanocne gdyby nie obecność na stole święconki, baby wielkanocnej i różnego rodzaju mazurków? A czy żeglarze czuliby się prawdziwymi wilkami morskimi gdyby nie chrzest Neptuna po pierwszym w życiu przekroczeniu równika? Czy dom byłby w pełni domem gdyby budowlańcy nie zawiesili wiechy? Co z dniem Ojca, Babci, Barbórką i innymi świętami? Proszę spróbować nie dać goździka na ósmego marca Paniom, niechybnie przez takie zaniechanie groziłaby wszystkim mężczyznom mała osobista katastrofa. Jeszcze raz, z całą odpowiedzialnością napiszę, bez tradycji nie ma cywilizacji. Pewnie zastanawiacie się, co to wszystko ma wspólnego ze sportem? Mogę szybko i z niezachwianą wiarą w to, co piszę odpowiedzieć, ma bardzo dużo wspólnego. Nie chodzi mi o zwyczaje piłkarzy wchodzących na murawę stadionu, bokserów, wioślarzy, rugbistów i innych, śmiertelnie wierzących w swoje osobiste przesądy. W tej chwili nurtuje mnie inne pytanie.

    Gdzie byłby rosyjski sport gdyby nie tradycja szprycowania swoich zawodników różnymi, często zaskakującymi i niebezpiecznymi środkami dopingującymi?

    Dla nikogo obserwującego życie sportowe żadną tajemnicą nie jest, że w Rosji proceder dopingowy kwitnie. Bez znaczenia jest czy odbywało się to w czasach ZSRR, dzikiego kapitalizmu Jelcyna, czy absolutyzmu putinowskiego. Zawsze farmakologia stała w Rosji na najwyższym poziomie (jest to ironia gdyby ktoś się nie domyślił), produkując super sportowców na niespotykaną skalę. Spokojnie można napisać więcej, jej myśl naukowa promieniowała na inne kraje dając sygnał do powstania pokrewnych potęg w tej dziedzinie. Każdy świadomy kibic pamięta mutantów sportowych z NRD, Bułgarii i Rumunii. Jeśli ktoś naiwnie myślał, że po upadku komunizmu coś pod tym względem się zmieniło był w ogromnym błędzie. Nie chcę teraz sugerować, że gdzie indziej doping nie istnieje. Oczywiście każdy kombinuje jak podkręcić wyniki sportowe do poziomu mistrzowskiego. Tu raczej chodzi o skalę tego procederu, a ta w Rosji jest nieprawdopodobna.  Opowiedział o tym w „New York Times” były szef laboratorium antydopingowego w Moskwie Grigorij Rodczenko. Historia ta jest tak niesamowita, że jeden z publicystów słusznie porównał ją do najlepszych opowieści szpiegowskich Le Carra czy Suworowa. Szaleńcze podmienianie próbek, wszechobecna obecność putinowskich tajnych służb, tajne laboratoria egzystujące obok oficjalnych, to pewnie tylko czubek góry lodowej. Jeśli ktoś nadal nie wierzy w te informacje i uważa, że jest to tylko propaganda zachodu maskującego swoje z dopingiem problemy (znam takich rusofili), to gratuluję naiwności. Taka postawa to też poniekąd tradycja, że wspomnę „rosyjską” ślepotę Woltera czy Sartra.

    Rodczenko, co powiedział to powiedział, ale nie tylko o to w tej chorej sytuacji chodzi. Niedawno tenisistka Szarapowa przyznała się do stosowania zabronionej substancji, ewenementem w historii piłki nożnej jest przebadanie przez FIFA całej jedenastki zawodników FK Rostow po meczu z Dynamem Moskwa (gwoli sprawiedliwości, nie są jeszcze znane wyniki badań), wątpliwości, co do dopuszczenia całych stad rosyjskich sportowców do startu na Igrzyskach Olimpijskich. Dodajmy do tego tajemnicze zgony ludzi chcących ujawnić prawdę o procederze i zaangażowanie polityki w sprawę (wypowiedzi ministra sportu Witalija Mutko, polityki zagranicznej Siergieja Ławrowa i samego Putina). To obraz skali przemysłu dopingowego w Rosji.

    Czy cokolwiek może zmienić myślenie Rosjan o profesjonalnym sporcie? Niech na to pytanie odpowie fakt ogłoszonego niedawno rozwiązania problemu meldonium za pomocą… Mexidolu.

    Komentarze