Boks: Refleksje po gali w Legionowie

    Za nami kolejna gala boksu zawodowego w Legionowie. W walce wieczoru skazywany przez wielu na sromotną porażkę Mike Mollo rozprawił się z Krzysztofem Zimnochem w 128 sekund, czyli nieco ponad „dwie Gołoty”. Była to pierwsza porażka Polaka na zawodowych ringach.

    Dzień przed walką pięściarze spotkali się na oficjalnej ceremonii warzenia. Amerykanin był rozemocjonowany i wściekły, natomiast nasz rodak zachowywał stoicki spokój. Twierdził, że zmienił swoje podejście do boksu i wyzbywa się wszystkich złych emocji. Nie zamierza już obrażać swoich rywali i skupia się tylko na sobie. Po sylwetce i wadze Amerykanina, która wyniosła 109 kilogramów widać było, że więcej czasu spędził w jednej z Chicagowskich cukierni niż na sali bokserskiej. Sam mówił, że ma siłę na około 5 rund (walka miała trwać dwa razy dłużej). Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że ma bardzo mocny cios. Artura Szpilka powiedział nawet, że Mollo był najsilniej bijącym z jego rywali.

    Kiedy pytałem wiele osób  o typ na ten pojedynek, to każdy wskazywał Zimnocha jako zwycięzcę. Dlatego po zakończeniu walki wszyscy wyglądali na zszokowanych. Nawet sam Mike był zdziwiony, że tak łatwo mu poszło. Co teraz będzie z Polakiem? Być może dostanie rewanż, albo zmierzy się z którymś z rodaków. W każdym razie nie jest to na pewno materiał na mistrza. Może nie powinno się tak brutalnie stawiać sprawy po zaledwie pierwszej porażce w karierze, ale naprawdę trudno mi sobie teraz wyobrazić Zimnocha walczącego o najwyższe bokserskie laury.

    Gdzie w tym wszystkim jest Mike Mollo? Przypomnijmy, że on nie walczył od ponad dwóch lat. W wywiadach powtarzał, że ma dobrze płatną pracę i jeśli przegra z Polakiem to już nie wróci między liny. Wygrał. Już pojawiają się w mediach doniesienia, że być może zawalczy z Mariuszem Wachem na jednej z polskich gal w maju. Jedno jest pewne – jeśli Mollo chce walczyć „na poważnie”, to musi wziąć się za ostre treningi. Bo nie zawsze uda się wykończyć rywala w taki sposób jak Zimnocha.

    Co z innymi pojedynkami na tej gali?

    Dobrze zaprezentował się Kamil Szeremeta, który pokonał Karpetsa. Zawodnik z Białegostoku jest pewny siebie i widać, że z każdym kolejnym pojedynkiem robi spore postępy. Cały czas powtarza, że walka to przyjemność po tym, jak przetrwa się cały okres przygotowawczy. Po dziesięciu miesiącach przerwy wrócił Andrzej Sołdra. Wygrał swój pojedynek na punkty, ale nie zachwycił. Jak sam mówił później, nie słuchał trenera w narożniku, a poza tym spora przerwa w treningach zrobiła swoje. Na wyróżnienie zasługuje jeszcze jeden zawodnik – debiutant  Przemysław Zyśk. Jest to chłopak, który stoczył ponad 200 amatorskich walk z czego wygrał 190 pojedynków. Na co dzień pracuje fizycznie po 8 godzin, ale znajduje jeszcze czas na treningi każdego dnia. Jego trener Łukasz Malinowski powtarza, że to będzie prawdziwy „dominator” na polskich ringach.

    Całą galę trzeba podsumować na plus. Jak zwykle nie było wolnych miejsc, oprawa na wysokim poziomie, dużo pojedynków zakończyło się przed czasem, dlatego publiczność nie miała prawa narzekać. Jedynie szkoda, że walka wieczoru trwała tak krótko, ale to jest boks i jeden cios może decydować o końcowym rozstrzygnięciu. W każdym razie, w tym tkwi całe piękno sportu, że nie zawsze wygrywają faworyci.

    Komentarze