Boks: Kurzawa klęka przed Diablo!

    Dnia 15 czerwca 1997 roku w Polsce na półkach sklepowych pojawiła się gra Diablo. Kto pamięta ten wie, że tytuł rozorał mózgi graczy i rozpoczął, jak się później okazało, wieloletnie szaleństwo na punkcie wszystkiego, co dotyczyło gry. Przyznać muszę, że w pewnym stopniu rozumiałem ten fenomen. Niezwykła muzyka, złowrogi świat, demoniczni przeciwnicy i wreszcie tytułowy Diablo, powodowali u mnie i u milionów graczy stan absolutnego uzależnienia od rozgrywki. Przesiąknięty do szpiku kości złem Pan Terroru. Przenikający do umysłu biskupa Lazarusa i pętający jestestwo króla Leorica budził strach i trwogę, a myśl o pokonaniu go była, wydawało się, nieosiągalna. Jednak człowiek brnął przez hordy mutantów, wynaturzonych szkieletorów i fatalnych magów, by na końcu złapać Diablo za jajca i odesłać do krainy emerytowanych demonów. Taki był ten anglo-amerykański Diablo z gry komputerowej.

    My Polacy mamy swojego, wcale nie wirtualnego, z krwi i kości, rzeczywistego Diablo. Tylko czy jeszcze budzi on w przeciwnikach taki lęk i trwogę jak jego komputerowy imiennik? Czy potrafi roztoczyć aurę niezniszczalności? Czy ma jeszcze tę energię i siłę, która pozwalała mu gromić swoich oponentów, nawet w chwilach, gdy wydawało się, że walka jest już przegrana? Nie wiem. Jestem zdezorientowany i trochę rozczarowany. Nie postawą Krzysztofa Włodarczyka, bo ten zrobił, co do niego należało i wybił tłuczkiem boks z głowy Niemca Kurzawy. Pytania, na które nie uzyskałem odpowiedzi, należałoby skierować do duetu Wasilewski – Werner. To właśnie ci panowie odpowiedzialni są za dobór przeciwników, oni mają decydujące słowo, kto, z kim i za ile. Czytając komentarze o gali w Szczecinie można się szybko przekonać o tym, że polityka mająca na celu wyciśnięcie jak największej ilości gotówki z kibiców pamiętających wspaniałe walki Włodarczyka zaczyna budzić coraz większą irytację. Bo jaki cel (oprócz dojenia naiwnych i wiernych fanów) ma wystawianie do walki z Diablo takiego Kurzawy? Sportowo to wielka, szumiąca na wietrze lipa. Po takiej walce nikt nie zdecyduje się na sformułowanie opinii o formie naszego boksera. Jaki przeciwnik, taka walka. Jedyny sens w tego rodzaju działaniach jest związany z odbudową pewności siebie i psychiki zawodnika. Z drugiej strony, czy tłukąc kogoś takiego jak Kurzawa można podbudować swoje ego?

    Co do przebiegu walki. Fajnie, że Diablo chce boksować. Co prawda pojawiały się zarzuty mówiące o słabej szybkości, przedłużaniu walki ze względów finansowych, ale co miał zrobić to zrobił. Niemiec rozpoczął walkę stojąc, a kończył na kolanach. Czuł, że jeśli będzie chojrakował to może stać się coś naprawdę złego. Ot i cała historia. Ciekawy jestem, co teraz wymyślą promotorzy Włodarczyka. Na pewno następna walka kelnerska wyczerpie poważnie nadwątloną cierpliwość kibiców. Bardzo cenię Diablo i jego dokonania bokserskie, dlatego przykro się robi, kiedy czytam określenia typu „odpustowa gala”. Panowie promotorzy nie idźcie tą drogą. Nie traktujcie Włodarczyka jak świnkę skarbonkę. Nie róbcie w konia publiki. Przecież da się pogodzić sport z biznesem, a odbudować zaufanie jest bardzo ciężko.

    Mam szczerą nadzieję, że były mistrz świata pokaże się jeszcze w walkach z naprawdę poważnymi przeciwnikami, że zobaczymy go takiego jak w walce z Czachkijewem. Wierzę w Włodarczyka i życzę mu jak najlepiej. Niech, więc powróci Diablo niszczyciel, tak straszny jak ten z gry komputerowej.

    Komentarze