Boks: Gorąca głowa Derecka Chisory

    Kilka dni temu znalazłem się w sytuacji, która staje się narodowym sportem Polaków. Wieczorową porą siedziałem przed telewizorem i uprawiałem rajd po kanałach bezmyślnie pstrykając pilotem. Raz w jedną stronę, raz w drugą. Przez ekran przewijały się wiadomości, seriale brazylijskie, ambitne i niezrozumiałe sztuki teatralne, chude jak sarenki modelki pozujące na wybiegach, kucharze w szale gotowania i kretyńskie teleturnieje. Kiedy tak galopowałem przez telewizyjne światy, nagle usłyszałem melodię. Trwało to maksymalnie pół sekundy, jednak była to na tyle długa chwila, że wyhamowałem mojego telewizyjnego rumaka i wróciłem na kanał, z którego doleciały sentymentalne, znajome dźwięki. Uśmiechnąłem się szeroko i ciepła fala wspomnień zalała moje zmęczone serce. Na ekranie pojawiła się cudownie wykrzywiona charakterystycznym grymasem twarz Rockiego Balboy. Klasnąłem w ręce i zatarłem je mocno. Nic nie było w stanie mnie oderwać od filmu.

    Kiedy tak po raz trzydziesty już chyba, z wypiekami na twarzy oglądałem krwawą wojnę Rockiego z Apollo Creedem poczułem nieodpartą chęć obejrzenia jakiegoś znakomitego, nerwowego i soczystego wydarzenia bokserskiego. Natychmiast zacząłem przeglądać zapowiedzi sobotnich walk bokserskich. Alvarez walczy z Khanem, hmm, może być nieźle pomyślałem. Szukałem jednak nadal bo przecież lepiej jest mieć więcej niż mniej opcji do wyboru. Już miałem zdecydować się na walkę Brytyjczyka z Meksykaninem, kiedy wpadłem na to, co od razu zwróciło moją uwagę. Silny jak tur z puszczy Bułgar Pule będzie boksował z niegrzecznym Chisorą. Tak to jest to!

    Jeszcze nikt na ring nie wyszedł, a już zaczęło się przedstawienie. W piątek odbyło się oficjalne ważenie, na którym ktoś, podobno ze strony Pulewa, celnym rzutem plastikową butelką trafił w twarz Brytyjczyka. Ten oczywiście sprawy nie obrócił w żart i nie zlekceważył nieszczęsnej butelki. Dał się podpuścić jak amator i rzucił się w stronę miotacza wywołując całkiem sporą zadymę. Co prawda po kilku godzinach tłumaczył, że głupio postąpił, ja jednak twierdzę, że była to bardzo dobra promocja walki…

    Eksperci przed pojedynkiem więcej szans na wygraną dawali Pulewowi. Przecież Bułgar przegrał tylko raz, z Władimirem Kliczko. Chrisora, jak głosiła opinia wielu znawców, powinien udać się na zasłużoną emeryturę. Ostatnie kilka walk boksował przecież z półamatorami. W tym temacie zabrał nawet głos łaskawie panujący król wagi ciężkiej Tyson Fury, który stwierdził że Pulew bez problemy pozamiata ring Brytyjczykiem.

    Prawda jednak jest taka, że pięściarze nic sobie z opinii ekspertów nie robili. Tempo pojedynku do szalonych absolutnie nie należało. Bułgar rozmiękczał obronę Chrisory ciosami prostymi, a gdy ten chciał się odgryzać klinczował na potęgę. Coś zaczęło się dziać w czwartej rundzie kiedy do narożnika zapędzony został Brytyjczyk, jednak z dość anemicznego ataku Pulewa nic nie wyszło. Boksowali tak miarowo i wyraźnie bez serca, do końca walki. Elementami ożywiającymi to wątpliwe widowisko były kłótnie Chrisory z sędzią, kiedy ten upominał go żeby nie bił w tył głowy cały czas klinczującego Pulewa. Po dwunastu rundach patrząc na bokserów nigdy bym nie powiedział, że tyle walczyli. Pot nie zalewał im twarzy, krew nie tryskała z ran, wyglądali jak po dobrym sparingu. Nic nie zmieniła dwunasta runda, bo żaden z rywali nie rzucił się do szalonego ataku. Kiedy po ostatnim gongu Chrisora wzniósł ręce w geście triumfu do góry, Pulew roześmiał się na cały głos. Okazało się, że miał rację, ponieważ sędziowie, co prawda bez zgodności, przyznali zwycięstwo właśnie jemu. Po walce Brytyjczyk nie był zadowolony, argumentował, że to właśnie on powinien zostać mistrzem Europy. Ja zaś szczerze muszę napisać, słaby był to wybór. Trzeba było oglądać Alvareza z Khanem albo jeszcze raz obejrzeć Rockiego…     

    Komentarze