Boks: Gołowkin wygrywa, ale “tylko” na punkty. Początek końca pewnej ery?

    Dalecy jesteśmy od czarnowidztwa i przedwczesnego osądzania kogoś, kto w ostatnich latach dostarczył nam tylu fantastycznych emocji. Nie czujemy się zobligowani do tego, by przed klawiaturą komputera wymądrzać się na temat gościa, który nigdy w życiu nie przegrał walki. Przez wielu uważany jest za absolutnie wybitnego pięściarza. W opinii bokserskich ekspertów jest dziś najlepszym bokserem bez podziału na kategorie wagowe. W sobotę wygrał swoją 37. walkę. Mimo wszystko pozostaje małe “ale”. Choć całkiem prawdopodobne, że to tylko kwestia szukania sensacji.

    Dziennikarze i eksperci pracujący dla bokserskiej encyklopedii boksu, czyli słynnego na całym świecie “The Ring” byli przekonani – Giennadij Gołowkin wygra przed czasem z Danielem Jacobsem. 22 osoby, przed którymi boks nie ma absolutnie żadnych tajemnic, byli jednomyślni – Amerykanin nie ma szans. A mimo wszystko dotrwał do końca pojedynku i sprawił niespodziankę. Co prawda pojedynku nie wygrał, ale pokazał całemu światu, że Kazach jest tylko człowiekiem.

    3, 8, 7, 3, 2, 11, 6, 8, 2, 5 – to rundy, w których Gołowkin kończył swoich ostatnich dziesięciu oponentów. Łącznie w poprzednich 36 pojedynkach aż 33 wygrywał przed czasem, co daje zawrotną skuteczność na poziomie niemalże 92%. Przesłanek ku temu, że tak samo będzie również i w nocy z soboty na niedzielę, było mnóstwo. Włączając transmisję sami mieliśmy wrażenie, że Jacobs po jednym z ciosów Gołowkina padnie na deski i już się nie podniesie. Czekaliśmy, czekaliśmy, rundy upływały jedna za drugą, a Amerykanin stał i walczył. Momentami był lepszy niż Kazach.

    Werdykt? Ciasno, bardzo ciasno – tak grzmiał na  Twitterze oglądający to spod ringu Mateusz Borek. Ostatecznie mistrz pas zachował, choć werdykt został przyjęty przez kibiców zgromadzonych w Madison Square Garden buczeniem. Ulubieniec publiczności rozczarował fanów, którzy z całego świata przyjechali, by zobaczyć go w akcji.

    Tak wyglądały karty punktowe po tej walce. Równie dobrze werdykt mógłby być odwrotny, ale niepisana zasada, że panującego mistrza trzeba znokautować, by z nim wygrać, znowu miała tu swoje zastosowanie. Nie jesteśmy natomiast pewni, czy gdyby to Jacobs miał w posiadaniu mistrzowskie pasy, to nie on po walce cieszyłby się ze zwycięstwa.

    Byliśmy zatem świadkami wydarzenia bez precedensu, bo Gołowkin ostatnim razem na punkty wygrał… 21 czerwca 2008 roku z Amarem Amari. Od tamtego czasu 23 walki wygrał przez nokaut.

    W styczniu ciekawego wywiadu udzielił Maciej Sulęcki, który prognozował, jak będzie wyglądał scenariusz tego pojedynku:

    “Też jestem ciekawy, choć Jacobs nie ma twardej szczęki i odkrywa się, co na pewno Golovkin będzie wiedział. Wcale jednak nie jestem pewien, że to będzie kolejny spacerek dla Kazacha. Powiem więcej – może mieć problemy w tej walce. Gdyby tego typu zawodnik, co Jacobs, umiał lepiej bronić, to naprawdę ma szansę, by go pokonać.”

    W niedzielę rano zadzwoniliśmy do Stricza i zapytaliśmy go o komentarz, ale już po walce.

    “Jacobs dobrze wypadł, widać, że mu GGG pasował. Był większy, bardziej ruchliwy, silny, dobry technicznie. Z każdym tego typu zawodnikiem Gołowkin będzie miał mega problem. Każdy jest do pokonania.”

    Ostatnie zdanie jest w tej sytuacji bardzo ważne. “Każdy jest do pokonania”. No właśnie, czy Gołowkin jest do pokonania? Znowu musimy posłużyć się cytatem z wywiadu z Maciejem Sulęckim: “Co najwyżej będzie już tylko gorszy. Mam wrażenie, że to nie jest już ten Golovkin, co kiedyś. Gdy walczył z Proksą był niesamowity. Wszystko mu wychodziło. Z Brookiem już miał kilka mankamentów, które dobry przeciwnik mógł wykorzystać.”

    Wielce prawdopodobne, że Jacobs jest po prostu bardzo dobrym pięściarzem i Gołowkin w końcu trafił na godnego siebie przeciwnika. Może być jednak też tak, że coś niewątpliwie się kończy. Po zwycięskim, ale już nie tak imponującym pojedynku z Brookiem, Gołowkin wygrał, ale po trudnej przeprawie z Jacobsem. Pamiętamy doskonale przypadek Władimira Kliczko, który po kilku słabszych, choć znowu – zwycięskich pojedynkach, przegrał z Tysonem Fury’m. Kto wie, być może Gołowkin też najlepsze czasy ma już za sobą?

    Choć – oddając Kazachowi szacunek – nie będziemy wieszczyć mu końca kariery. Za ciency w uszach jesteśmy, by takie osądy wydawać. Wychodzimy z założenia, że zwycięzców się nie sądzi. Choć…może Sulęcki ma rację?

     

    Komentarze