Michalczewski: “Fritz Sdunek nie miał planu B. Na szczęście ja miałem mocną lewą rękę”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Dariuszem Michalczewskim, byłym mistrzem świata w wadze półciężkiej i junior ciężkiej!

Powiedziałeś kiedyś w jednym z wywiadów, że z chęcią zainteresowałbyś się tym, co dzieje się w polskim boksie, ale tak naprawdę nie ma czego oglądać. Dalej tak uważasz?
Tak. Boks nie tylko w Polsce, ale i na świecie jest słabszy niż kiedyś. W latach 90 każdy potrafił wymienić kilkunastu pięściarzy walczących w kategorii ciężkiej. A dziś? Kliczko, Joshua i?
Powietkin, Wilder, Ortiz, Breazeale, Parker.
No dobra – ty się tym interesujesz, więc musisz wiedzieć. Ale jakbyś zapytał kogoś na ulicy o czołówkę wagi ciężkiej na świecie, to pewnie mało kto by to wiedział. Kryzys dotknął wszystkich, nie tylko nas.
Z czego to wynika?
Zbyt szybko pięściarze przechodzą na zawodowstwo. Boks amatorski już praktycznie nie istnieje. Nie uczy się młodych ludzi boksowania. Gość założy trzy razy rękawice, poobija worek, wygra trzy walki i podpisuje zawodowy kontrakt. Dwa miesiące później ludzie oglądają jego pojedynek w telewizji.
Kiedyś było inaczej?
Zdecydowanie inaczej. Pamiętam, jak oglądałem walkę Sugara Leonarda z Marvinem Haglerem czy Muhammada Alego, to dopiero zacząłem mieć świadomość tego, że można walczyć trochę bardziej profesjonalnie, niż ma to miejsce w amatorstwie. Nie było u młodego chłopaka wiedzy, jak może wyglądać kariera dorosłego pięściarza. W pewnym momencie zaproponowali mi zawodowstwo. Nie wiedziałem, o co chodzi. Jakie zawodowstwo? Mi? Chciałem jechać na igrzyska, chciałem zdobyć medal olimpijski.
Zdecydowały finanse.
Nie ukrywam, że finanse miały duże znaczenie. Jako młody chłopak chciałem być jednak mistrzem olimpijskim. W ogóle, to marzyłem o wyjeździe do Seulu. Każdy początkujący sportowiec wyznacza sobie cele. Moim w pewnym momencie był krążek zdobyty na igrzyskach. Potem mistrzostwo Europy i mistrzostwo świata.
Miałeś obsesję na punkcie zdobycia mistrzostwa świata? Odnoszę wrażenie, że teraz jest już mniej takich ludzi. Ukierunkowanych i zdeterminowanych.
Czy obsesja? Na pewno wielkie pragnienie. Chęć bycia najlepszym. Jacy są inni ludzie? Trudno mi się za kogoś wypowiadać, ale myślę, że jak ktoś przychodzi na salę i zaczyna odnosić pierwsze sukcesy, to jego marzeniem jest, by kiedyś zostać mistrzem świata.
Pytanie, czy tylko tak gada, czy robi wszystko, żeby tak było. Wiesz, ja też chciałbym zostać najlepszy, ale nic z tym nie robię.
Na mojej drodze pojawiło się sporo problemów i musiałem podjąć wiele bardzo trudnych decyzji, które coraz bardziej kierunkowały mnie w stronę wielkiego boksu. Po pierwsze, musiałem przenieść się ze Stoczniowca do Słupska. Ktoś powie – co za problem? Byłem bardzo młody, przeniosłem się do obcego miasta, mogło mi przecież się nie poukładać w Słupsku. Istniało ryzyko, że to nie wypali – może tak. Mimo wszystko wiedziałem, że tak musi to wyglądać. Potem ucieczka z Polski do Niemiec. Dziś ludzie jeżdżą po całym świecie. Wtedy – coś niespotykanego. Potem, gdy w Niemczech Fritz Sdunek budował dobrą drużyną w boksie amatorskim, to przeniosłem się do Leverkusen na zawodowstwo. Znowu ryzyko, znowu decyzja, której mogłem żałować. Nie robiłem tego jednak wbrew sobie. Chciałem być najlepszy. Podporządkowałem wszystko pod karierę. Zaniedbywałem inne rzeczy. W boksie miałem wszystko poukładane.
Nie bałeś się ryzyka?
Byłem wtedy bardzo młody i chyba nie myślałem aż tyle nad kolejnymi decyzjami. Nie rozmyślałem nad nimi. Byłem cwaniakiem. Nie tylko gadałem i wybierałem najodpowiedniejsze drogi w życiu, ale też słuchałem ludzi. Ktoś mi doradzał, to ja myślałem nad tymi słowami. Ktoś mnie przestrzegał, to też brałem je pod uwagę. Robiłem po swojemu, ale nie mogę powiedzieć, że rady innych ludzi miałem gdzieś.
Słyszałem kiedyś, że zbierałeś opinie najbliższych ci ludzi i wybierałeś te najbardziej korzystne. To prawda?
Trochę tak było. Nie wiem, czy było to jednak świadome. Myślę, że moja głowa w tych sytuacjach działała podświadomie. Nie zastanawiałem się wtedy specjalnie nad tym. Instynkt mi podpowiadał.
Patrzyłem na twoją karierę na samym początku i przesadą byłoby stwierdzenie, że ty od razu zacząłeś osiągać sukcesy. Trochę musiałeś powalczyć, zanim zdobyłeś pierwszy medal.
Ja przez pierwsze trzy lata w ogóle nie zakładałem rękawic bokserskich. To pokazuje, jak długo trwał okres innej pracy, której wykonanie dopiero pomogło mi toczyć walki. Patrzę lub słucham czasami, w jaki sposób do treningów podchodzą młodzi chłopacy. Coś potrenuje, coś powalczy i już chce pojedynek wieczoru na dużej gali. Spójrz na naszych pięściarzy. Mało który zrobił karierę amatorską. Pojechał na igrzyska, zdobywał medale. Ci młodsi, którzy teraz mają po 25 lat to o amatorstwie tylko w książkach czytali. Tego nie ma, tego się nie praktykuje.
Można zrobić bez amatorstwa karierę?
Widocznie można. Zawodnik jest mniej wyeksploatowany i może odnosić sukcesy. Potem jednak czegoś mu brakuje. Bardzo trudno jest tytuł zdobyć. Najtrudniej się jednak broni pasa. To jest dopiero sztuka. Widocznie pięściarze, którzy sumiennie nie przepracowali amatorstwa, nie są w stanie bronić tytułów przez kilka lat. Czegoś im brakuje na pewnym poziomie.
Mam wrażenie, że uchodzisz za osobę niecierpliwą, wybuchową. Jako młody chłopak nie miałeś problemu z tym, że sukces nie przyszedł od razu, tylko trzeba było na niego długo czekać?
Ja oczywiście byłem niecierpliwy i chciałem wygrywać od razu, ale na szczęście wokół mnie były osoby, które potrafiły to umiejętnie regulować. Uspokajać i tonować nastroje. Najpierw walczyłem za mniejsze pieniądze. Kohl „przyprowadzał” pięściarza i płacił za niego 30 tysięcy dolarów. Potem 40. Ja chciałem od razu zarabiać więcej i walczyć z lepszymi, ale to nie było możliwe. Musiałem uczyć się pić wodę mniejszymi łyczkami. Gdy już się w tym środowisku rozeznałem i zobaczyłem, jak to działa, to wiedziałem ile mogę zarobić i na co mnie stać. Za walkę chciałem zarobić już nie 40, a 150 tysięcy dolarów. Kohl kręcił nosem. – Darek, on cię zniszczy. Byłem pewien, że dam radę. Chciałem dobrych rywali, mocnych chłopaków, ale też godziwie zarabiać na zwycięstwach z nimi. On mnie strofował i uspokajał, ale musiał liczyć się z tym, że ja jestem ambitny i chcę być coraz lepszy.
Nie robiłeś nigdy kroku w tył.
Zanim nie upewniłem się, jaki mam grunt pod nogami, to byłem ostrożny, szedłem na ustępstwa. Potem jednak wiedziałem, na co mnie stać. W pewnym momencie skumałem, na co mogę sobie pozwolić. Dawałem z siebie więcej, więc miałem prawo otrzymać również więcej.

Powiedziałeś, że musiałeś wyczuć grunt pod nogami. To u pięściarzy rzadkość – taka świadomość o tym, co dzieje się – w tym wypadku – poza ringiem.
Zawsze miałem świadomość tego, co dzieje się dookoła. Powiedziałem o tym, że byłem cwaniakiem. Żeby osiągać sukcesy w sporcie trzeba być też inteligentnym człowiekiem. Bystrym, błyskawicznie reagującym w niektórych sytuacjach. Obserwowałem te środowisko z bliska, zacząłem wyciągać wnioski. Aha – ten robi tak. Okej – tu trzeba będzie uważać na to. To normalna rzecz. Może inaczej – jeśli chcesz odnieść sukces w czymkolwiek, to musisz interesować się wieloma rzeczami. Nie tylko prawym sierpowym i lewym prostym. Musisz mieć wiedzę ogólną. W innym wypadku zginiesz. Możesz być najlepszy na świecie, a na pewno nie odniesiesz sukcesu.
W wielu kwestiach miałeś trudniej te dwadzieścia parę lat temu, ale przynajmniej nic cię nie rozpraszało. Teraz miałbyś Facebooka, to byś musiał wstawić fotkę z treningu lub obiadu z rodziną.
Nie! To by mi nie groziło. Wiem co masz na myśli. Na pewno to nie zmieniłoby moich postanowień i sposobu zachowania. Pojawiłyby się komentarze, ludzie zaczęliby wirtualnie klepać mnie po plecach, a ja mógłbym dzięki temu chodzić z głową w chmurach. Cieszę się, że tego kiedyś nie było, ale dziś również bym z tego nie korzystał. Z resztą – dziś nie mam Facebooka. Nie jara mnie to. Kocham życie, ale w inny sposób. Czerpię z niego naprawdę wiele. Nie sprawiałoby mi jednak przyjemności siedzenie w domu i chwalenie się swoim treningiem lub muskułami po siłowni. Spotkać się ze znajomymi? Tak. Porozmawianie z przyjaciółmi? Oczywiście. Wylewanie swojego życia absolutnie każdemu i jaranie się tym, że ktoś napisze: „Darek, jesteś zajebisty?” Nie. Nikt treningu za mnie nie zrobi, do ringu za mnie nie wyjdzie.
Wiele osób mówiąc o Tomku Adamku podkreślało, że był on mistrzem świata w dwóch kategoriach wagowych – pół ciężkiej i junior ciężkiej. Ty dwa pasy w tych samych kategoriach zdobyłeś w zaledwie trzy miesiące. We wrześniu pierwszy, w grudniu drugi. Dla mnie? Ewenement.
Z jednej strony tak, ale Giovannini, z którym przyszło mi się mierzyć w cruiser, też nie był dużym zawodnikiem. Podobnie jak ja – musiał trochę „dobić” do tego pojedynku. Był niższy ode mnie. Słuchaj, ja byłem mistrzem świata. Pokonałem Barbera we wrześniu, który był bardzo niewygodnym pięściarzem. Kohl zadzwonił i zapytał, czy chcę walczyć o kolejny pas. Zobaczyłem, co on potrafi i byłem pewien, że go pokonam. Nigdy nie wybierałem sobie rywali. Nigdy nie mówiłem, że tego chcę, a tego nie. Kohl mówił nazwisko, ja pytałem, ile z tego będzie pieniędzy i walczyliśmy. Gdy kasa się nie zgadzała, to nie walczyłem. Nigdy jednak nie wybrzydzałem. Nigdy nie było, że ten tak, a tamten nie.
Podobno raz walczyć nie chciałeś.
Dobrze mówisz. Raz nie chciałem walczyć, ale to była trochę inna historia. Tydzień przed walką mój rywal się rozchorował i Kohl chciał mi podstawić kogo innego. Dużo słabszego rywala. Mówił mi, że ten gość jest w treningu i będzie dla mnie wyzwaniem również sportowym. Odmówiłem na konferencji prasowej. Powiedziałem, że na pewno nie wyjdę z nim do ringu. Nie bałem się jego, ale nie mógłbym oszukać ludzi. Szykowałem się przed kilkanaście tygodni, by pokonać kogoś, kto kilka dni przed pojedynkiem się o nim dowiaduje. Nie mogłem tego zrobić.
Kohl namawiał cię, żebyś wtedy zawalczył?
Pewnie. – Darek, musisz zawalczyć. Nie możesz tego zrobić. Nie chciałem. Nie mogłem tego zrobić ludziom.
Gala się w ogóle odbyła?
Nie. Została odwołana.
Czyli honorowo. Dziś jest ciśnienie, żeby gala się odbyła i żeby hajs się zgadzał.
Ja wtedy miałem to gdzieś. Nie mogłem zrobić tego ludziom, którzy przychodzili specjalnie na walki Darka Michalczewskiego. Nie i koniec. Wszyscy dostali zwrot kasy za bilety i po prostu nie przyszli na galę. Gdybym wyszedł i w pierwszej rundzie wygrał przez nokaut z gościem z pierwszej łapanki, to byłoby gadanie, że obijam kelnerów. Nie pamiętam dokładnie ile, ale około 2 miliony dolarów miałem wtedy dostać. Nie otrzymałem nic.
Czyli były rzeczy ważniejsze niż kasa.
Moi koledzy z St. Pauli byli ze mnie dumni. Im naprawdę to zaimponowało. Co, nie wziąłbyś dwóch baniek za walkę z kimś słabszym od siebie? Ja nie umiałem tego zrobić. Choć pewnie są i tacy, którzy potrafią powiedzieć, że się sprzedawałem i za hajs potrafiłem zrobić wszystko.
Kohl był zły na ciebie?
Był, ale szybko mu przeszło. Wiedział, że jestem koniem pociągowym jego grupy i musi ze mną współpracować. On ze mną, a ja z nim.
Czułeś się odpowiedzialny za jego interesy?
Nigdy nie czułem się za nic odpowiedzialny. Kohl jednak wiedział, jak ważnym jestem dla niego zawodnikiem. Wszystkie kontrakty były podpisane na mnie. Nie na Kliczko, na mnie.
Czy Kohl, zanim zaczął współpracować z tobą, był już prężnie działającym promotorem?
Nie, co ty. Organizował eventy na 500 osób. Zaczynał od imprez w takim klubie bilardowym w piwnicy.
Był jednak wtedy majętnym człowiekiem, prawda?
Tak, to na pewno. Miał dużo kasy, ale w boksie dopiero zaczynał.

12

Komentarze